Kategorie
Lewica Polityka

O co walczy Robert Biedroń?

Robert Biedroń nie zostanie następnym Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej. Ma iluzoryczne szanse na wejście do drugiej tury wyborów. Mało prawdopodobne jest też, aby poprawił wynik Lewicy z ostatniej kampanii parlamentarnej. O co więc walczy w tych wyborach?

Sztabowcy spod budki z piwem uznaliby zapewne, że o nic i wymienili go na kogoś innego, kogo faworyzują aktualne sondaże wewnętrzne. Lewica nie zdecydowała się na taki krok – moim zdaniem słusznie. Robert Biedroń ma przed sobą konkretne zadanie do wykonania, ważny cel do osiągnięcia. Oczywiście, w warstwie deklaratywnej tym celem jest prezydentura, a co najmniej druga tura i durny ten, kto obśmiewa kandydata za takie stanowisko. Realne cele należy jednak weryfikować na bieżąco, w oparciu o zaktualizowane dane i okoliczności. Weryfikacja ta wcale nie oznacza deprecjonowania celu kampanii i samego kandydata. Przeciwnie, może posłużyć doprecyzowaniu i umocnieniu nadrzędnego uzasadnienia kandydatury, co pozwoli na skuteczną maksymalizację efektów kampanii. Nie sposób jednak formułować propozycji dotyczących dalszych działań, bez odpowiedzi na pytanie:

Co poszło nie tak?

Chętnych do odpowiedzi na to pytanie jest legion. Tym ich więcej, im dalej pozycjonują się od lewicy. Szczególnie gorliwi w wytykaniu błędów są bojownicy wszechwiedzącego plemienia spod emotikony wiktorii. I tak słyszymy, że kampania niemrawa, przekaz niewyraźny, wszystko bez pomysłu, ładu i składu. Szczególnie beznadziejny jest sam kandydat, który nie ma charyzmy, nie umie w przekaz, za dużo się uśmiecha, jest przesadnie rozentuzjazmowany, niewiarygodny, miałki, a przede wszystkim – nie chce mu się! To, że jeździł po Polsce od rana do nocy, robiąc kilka spotkań dziennie, każdego dnia udzielał wywiadów mediom krajowym, lokalnym i zagranicznym, robił bez przerwy konferencje prasowe, lajfy na fejsie, uczestniczył w spotkaniach Rady Bezpieczeństwa Narodowego, wspierał parlamentarny klub Lewicy, spotykał się z ludźmi w miastach i powiatach – te fakty nie mają znaczenia, bo „sprawia wrażenie zniechęconego, leniwego, niezaangażowanego”. Byłoby mi szkoda uwagi poświęconej na te smętne wynurzenia, gdyby nie to, iż pojawią się także w łonie tzw. elektoratu lewicy. Jak mawiają mądrzy ludzie – percepcja jest wszystkim. I coś musi być na rzeczy, skoro odbiór kampanii przez osoby generalnie przychylne kandydatowi jest co najmniej mieszany.

We właściwym zrozumieniu sytuacji, w której ostatnie notowania Biedronia pikują nie można pominąć wyjątkowej okoliczności, jaką jest pandemia i jej wpływ na kampanię wyborczą. Na spotkaniu z krakowskim aktywem Lewicy Razem, które odbyło się na początku marca, Adrian Zandberg – zapytany o już wtedy niskie notowania Biedronia – zauważył przytomnie, że polski elektorat jest zmęczony ciągłą kampanią wyborczą (samorządowe w 2018, europejskie i parlamentarne w 2019). W związku z czym niekoniecznie przykładał jakąkolwiek uwagę do kampanii na jej początku zakładając, iż będzie okazja do bliższego przyjrzenia się sprawie na parę tygodni przed wyborami. Zandberg wypowiadał te słowa w momencie, gdy w Polsce potwierdzono już pierwsze przypadki koronawirusa. Wiemy, jak rozwinęła się sytuacja, jaki miała wpływ na kampanię i same wybory. Wiemy, a jednak zdajemy się lekceważyć ten wpływ na wyniki osiągane przez kandydatów.

Pośród licznych argumentów w dyskusji nad kiepskimi notowaniami Biedronia pada często mój ulubiony, formułowany przez tzw. lewicujących centrystów. Oto zatem Biedroń traci w sondażach, bo za dużo „mówi Zandbergiem”, zbyt ostro skręcił w lewo w swoim przekazie, a ludzie tego nie kupują. Elektorat, o który walczy jest z gruntu liberalny i reaguje alergicznie na lewicową agendę, czego dobitnym przykładem mają być notowania partii Razem. Nie sposób zwiększyć poparcia dla Biedronia, nie próbując wpisać się w dominujący po stronie tzw. opozycji demokratycznej model poglądowy. W skrócie – skutecznie łowić można tylko w centrum. To jest killer-argument tych wielkich strategów, którzy swoją wiedzę o mechanizmach polityki (i kampanii) czerpią od politologów i socjologów, a jedyne okno, przez jakie patrzą na świat polityki, to okno Overtona. W każdym sensownie ułożonym nurcie lewicowym takich ludzi (którym poświęcę kiedyś osobny wpis) powinno się trzymać – co najmniej – pod kluczem. Tymczasem u nas – na polskiej lewicy – są istotnymi opinionistami.

Abstrahując od elementarnego niezrozumienia istoty politycznej rywalizacji w XXI wieku, zdają się oni mieć w kompletnym lekceważeniu podstawowe wnioski płynące z teorii gier. Im więcej zawodników rywalizować będzie o tę samą nagrodę, tym mniejsze stają się ich szanse. A szanse zawodnika lewicowego w rywalizacji o nagrodę w postaci głosów elektoratu liberalnego, centrowego są zawsze mniejsze od zawodników w barwach centrowej ciamciaramci. Dlaczego ktoś miałby głosować na podróbkę aspirującą do miana oryginału? Zwłaszcza, gdy pojawił się nowy, lepszy model oryginału. Paradoksalnie jednak, bzdurne przemyślenia idiocentrystów są dla mnie punktem wyjścia do rozważań na najważniejszy temat tego tekstu.

Im szybciej uznamy, że szanse na realizację pierwotnych celów – prezydentura, druga tura, poprawienie wyniku Lewicy – są żadne, tym szybciej uwolnimy kandydata od krępującego gorsetu kalkulacji i metod charakterystycznych dla rywalizacji o te cele. Będziemy mogli odłożyć na bok wszelkie marketingowe zagrania, PRowe metody i kampanijne sztuczki, mające na celu tylko i wyłącznie pozycjonowanie produktu politycznego w głównym nurcie. Przestaniemy grać w grę, w której nie mamy obecnie szans. Będziemy mogli ustalić nową odpowiedź na pytanie:

O co gra Biedroń?

O lewicę. Pisaną z małej litery. A dokładniej – o lewicową agendę i jej miejsce w polskim dyskursie politycznym. Od niepamiętnych czasów polskie lewactwo, miast wznosić do góry lewą pięść, załamuje ręce nad horrendalnym przechyłem debaty publicznej na stronę prawicowo-liberalną. Narzekamy na polityków, narzekamy na media, narzekamy na autorytety, wreszcie na tzw. zwykłych ludzi, że wszyscy oni mają mózgi wyprane w konserwatywno-liberalnym wybielaczu, co skutkuje marginalizacją poglądów lewicowych. Rywalizacja polityczna w warunkach tej hegemonii określonych wartości jest dla lewicy ekstremalnie niewygodna. Także dlatego, że jej ambicją jest możliwie szybkie wejście do głównego nurtu. Ma to swoje uzasadnienie w perspektywie partyjnej – tylko w głównym nurcie jest sprawczość, są funkcje polityczne, posady, frukta i apanaże. O to toczyła się walka w kolejnych wyborach – samorządowych, europejskich, parlamentarnych. Przyniosła ona pewne efekty, ale również nieuniknioną konstatację, iż droga jest kręta i wyboista, a pracy do wykonania ogrom.

Jedną z lewicowych zdobyczy uzyskanych w dotychczasowej grze jest pozycja i status Roberta Biedronia. Ma on swoje ugrupowanie, które za chwilę połączy się z największą partią przyznającą się do lewicowości. Ma posadę europarlamentarzysty, która daje mu pewną sprawczość, spore możliwości działania i konkretne zabezpieczenie materialne. Jest personą na lewicy. Dlatego został kandydatem tego obozu w wyborach prezydenckich. Jako się jednak rzekło, aktualnie jego szanse na standardową wyborczą nagrodę są iluzoryczne. Tym samym może się on skupić tylko i wyłącznie na pozycjonowaniu i umacnianiu lewicowego przekazu w przestrzeni publicznej. To jest – paradoksalnie – potężna przewaga, której nie wolno zmarnować. Być może długo nie będziemy mieli tak dobrej okazji, aby mówić o sprawach dla nas ważnych, do przetestowania, jak to naprawdę jest z tą lewicową wrażliwością wśród Polek i Polaków. Okazji tym lepszej, że w wyniku pandemii i jej ekonomicznych następstw pierwszy raz od dawna masy społeczne w Polsce nie reagują alergicznie na wiele haseł i tematów, które lewica proponowała w dyskursie. Ba! Ludzie przejawią wręcz żywe zainteresowanie naszymi tematami, ich uwaga jest na tychże skupiona jak nigdy. Czy możemy pozwolić, aby na ich pytania odpowiadali tylko opowiadacze konserwatywno-liberalnych historii?

Biedroń ma dziś szansę olać wyborczy wynik i skupić uwagę ludzi na lewicowej narracji. Może mówić o sprawiedliwości społecznej, redystrybucji dóbr, prawach pracowniczych, usługach publicznych, roli państwa i funkcji samorządów, o pensji minimalnej głosem lewicy, nie zastanawiając się nad tym, jak to wpłynie na jego notowania. Może piętnować wypaczenia obowiązującego systemu społecznego, niesprawiedliwość systemu podatkowego, dysfunkcjonalność państwa, wykluczenie transportowe, słabość instytucji i struktur publicznych wobec potrzeb zwykłego człowieka – bez oglądania się na innych kandydatów. Może rozpychać się łokciami na publicznej agorze, wykrzykując głośno to, co lewica dotychczas mówiła półgębkiem, panicznie bojąc się o wynik wyborczy. Przecież sukces ugrupowań lewicowych i lewicujących w ostatnich wyborach polegał nie tylko na ich zjednoczeniu w ramach koalicji, ale również na wyraźniejszym zaakcentowaniu lewicowej agendy.

Wolny od zwyczajowej kalkulacji kampanijnej Robert Biedroń ma szansę zostać trybunem lewicowej sprawy. Poszerzyć przynależne lewicy pole debaty publicznej, wprowadzić do niej nowe tematy, mocniej naświetlić dotychczasowe. Tyle mówimy o tym, że Polacy nie są jeszcze gotowi na lewicową narrację, że przyjdzie kiedyś na nią czas. Otóż Polacy sami się nie przygotują, a czas sam nie nadejdzie. To od nas – ludzi lewicy – zależy efektywność i tempo tego procesu. Kampania Biedronia – przeorientowana z celów doraźnych na cele średniodystansowe – jest tutaj doskonałą szansą.

W dniu, w którym piszę ten tekst (20 maja) odbyła się konferencja prasowa Biedronia i jego sztabu, restartująca kampanię. W jej trakcie Włodzimierz Czarzasty stwierdził, iż jednym z celów jest teraz skonsolidowanie lewicowego elektoratu wokół kandydata wg zasady „policzmy się”. To racjonalny modus operandi, ale nie powinien być celem samym w sobie. Trik, który zadziałał przy wyborach parlamentarnych, niekoniecznie zadziała w prezydenckich, a powód jest prozaiczny. Jesienią 2019 roku lewicowy wyborca miał spory wybór – na liście Lewicy były osoby o rozmaitym odcieniu czerwieni (eseldowcy, wiośniarze, razemici), co pozwalało większości głosować w zgodzie z własnymi przekonaniami i estetyką. Na tym polegał sukces. Ale ta logika nie ma zastosowania w ofercie – nomen omen – jednoimiennej. Tajemnicą poliszynela jest nieoszałamiająca popularność Roberta Biedronia w elektoratach SLD i Razem. W środowiskach identyfikujących się jako socjalistyczne niechęć do niego nie ustępuje tej, jaką przejawiają doń narodowcy. Co więcej – nawet w tzw. środowiskach LGBT+ niekoniecznie cieszy się on bezwarunkowym poparciem. Trudno będzie zaproponować narrację celującą w konsolidację niejednorodnego elektoratu lewicy wokół postaci Biedronia. Jak pokazują aktualne badania (patrz np. David Broockman i Joshua Kalla) integracja wyborców wokół kandydatów na podstawie etykiety partyjnej ma niewielką efektywność i praktycznie zerową przydatność w poszerzaniu elektoratu. Znacznie lepiej sprawdza się kumulowanie poparcia wokół konkretnych spraw, które nie mają barw partyjnych. Dlatego właśnie strategia policzenia się ma ograniczoną przydatność. Może być co najwyżej środkiem do celu nadrzędnego. A celem tym powinno być poszerzanie zasięgu lewicowej narracji. Jak to osiągnąć?

Przewagi konkurencyjne

Przekaźnik idei, aby się wyróżnić od innych przekaźników innych idei, nie może polegać tylko na swojej ideowej odrębności. Powtarzanie w kółko, że jest się jedynym lewicowym kandydatem nie ma sensu choćby dlatego, że ilu lewicowców, tyle definicji lewicowości. Biedroń często używa tej formuły, czym prowokuje licznych w naszym gronie testerów jedynej prawdziwej lewilności. Co ważniejsze jednak – lewicowa etykieta nie ma realnego znaczenia dla wyborców. Liczą się sprawy, które lewica może załatwić oraz sposoby, jakimi może odmienić rzeczywistość zastaną. I na mówieniu o nich powinien skupić się Biedroń. Tak, jego lewicowość jest realną różnicą wobec innych kandydatów, ale przewagą konkurencyjną stanie się dopiero wtedy, gdy nada jej konkretnego wymiaru.

Wszyscy bez wyjątku kandydaci jak mantrę powtarzają formułki o biednych polskich przedsiębiorcach, którym doskwiera kryzys. Niektórzy wplatają gdzieś półgębkiem słowo „pracownicy”, ale panuje powszechny konsensus, że to przedsiębiorcy są najważniejsi. Dlatego właśnie Biedroń powinien wykreślić ze swojego leksykonu słowo „przedsiębiorcy”. Wszyscy mówią przede wszystkim o nich, a niewielu i zbyt słabo upomina się o pracowników. A przecież to na pracownikach – ich prawach, doświadczeniach, aspiracjach – od zawsze opiera się idea i siła lewicy na całym świecie. Marudni idiocentryści zaraz zakrzykną, że przecież przedsiębiorcy to wyborcy, których lewicowiec nie może zlekceważyć. Owszem, rywalizując o prezydenturę (zwłaszcza w drugiej turze) nie powinien. Ale celując w nagłośnienie lewicowej agendy ma prawo ich olać. Przedsiębiorców jest ponad dwa miliony, z czego zdecydowana większość nawet nie spojrzy w kierunku lewicy (co najwyżej napisze na Twitterze o tym, jak bardzo by chciała na lewicę zagłosować, a jak bardzo lewica na to nie zasługuje, bo bla bla bla). Mają oni innych politycznych faworytów. Tymczasem pracownicy to ponad szesnaście milionów Polek i Polaków. Oczywiście, duża część z nich aktualnie obstaje przy PiSie. Jednak wielu – dziś setki tysięcy, jutro miliony – dostaje właśnie konkretnie po dupie przez kryzys pandemiczny, także za sprawą nieudolności władzy. Od większości polityków słyszą, że najpierw trzeba ratować przedsiębiorców. Od trybuna lewicy muszą usłyszeć – to Wy, pracownicy, jesteście dla mnie najważniejsi!

Zamiast robić konferencje prasowe pod pomnikami czy parlamentem, Biedroń powinien stawać przed kolejnymi urzędami pracy, najlepiej w powiatach. Walić między oczy liczbami, trzymać wielkie plansze z wysokością zasiłku dla bezrobotnych, przepytywać funkcjonariuszy władzy z tego, co robią dla pracowników. Zamiast przemawiać do mikrofonu na statywie przed Dworcem Centralnym w Warszawie, powinien ruszyć do jakiejś zapomnianej gminy w odległym zakątku Polski i zrobić fejsowego lajfa z tego, jak próbuje się dostać do dowolnego ośrodka administracyjnego, wykorzystując tylko transport publiczny. Unaoczniłby tym samym jeden z największych fakapów III RP, jakim jest wykluczenie transportowe. To jest coś, z czym randomowy obserwator takiej relacji utożsami się lepiej, niż z pierwszą klasą w pendolino. To jest też kamień, którym można rzucać w kontrkandydatów, wskazując ich jako twarze kolejnych nieudolnych rządów.

Biedroń – w przeciwieństwie do innych kandydatów – może z łatwością wejść pomiędzy ludzi najbardziej wykluczonych, realnie pozbawionych wszelkich praw, poza czynnym prawem wyborczym. Żaden z wałachów w wyścigu prezydenckim nie pochyla się nad bezdomnymi, nad niepełnosprawnymi, osobami z chorobami psychicznymi i ich opiekunami, nad więźniami, nad pensjonariuszami domów opieki społecznej. To nie są fajne miejsca, w których robi się fajne obrazki. Ale właśnie dlatego obecność w nich i wyświetlanie ich sytuacji się wyróżni. Żaden z politycznych obozów nie ma oferty dla tych ludzi. Żaden poza lewicą. Lewicowy frontman ma wręcz obowiązek, aby się tym zająć. A ludzie to dostrzegą. Może nie skłoni ich to oddania na niego głosu, ale przykuje uwagę do tematu. A działaczom lewicy otworzy pole do dalszego działania.

Postawa wynikająca ze zrozumienia istoty sprawiedliwości społecznej, inkluzywności, państwa opiekuńczego i równouprawnienia to konkretna przewaga konkurencyjna nad kandydatami, którą Robert Biedroń ma na wyciągnięcie ręki. Kolejnym jest jego stosunkowo świeży mandat europarlamentarzysty. Z zainteresowaniem i uznaniem obserwuję, jak swój mandat realizuje i jak o tym informuje kolega Biedronia z Wiosny – Łukasz Kohut. Biedroń powinien wziąć z niego przykład. Wykorzystać mandat w nagłaśnianiu lewicowej agendy. Wszem i wobec rozpowiadać o wszystkich inicjatywach, w które jest zaangażowany. Korzystając z szerokiego dostępu do informacji i ekspertów w Europarlamencie tłumaczyć tzw. zwykłym ludziom w Polsce mechanizmy działające w UE i ich przełożenie na codzienność Polek i Polaków. Pokazywać, jak pomaga Unia Polsce w czasie koronakryzysu i dlaczego ważne jest, aby na czele kraju stał ktoś, kto nie ma z innymi przywódcami wspólnoty kosy. Idealna okazja do tego nadarza się właśnie teraz, kiedy Komisja Europejska – w konsekwencji umowy pomiędzy Merkel a Macronem – ogłosiła bezprecedensowy plan finansowy dla Europy. W Polsce nie interesuje się tym pies z kulawą nogą, czołowe media albo o tym milczą, albo spychają na dalszy plan. Biedroń może pokazać, iż rozumie rolę Unii wobec Polski i Polski wobec Unii, że wie, gdzie i jak działać dla korzyści obywateli.

Bagatelizowaną przewagą Biedronia nad innymi kandydatami jest jego wielka sprawność w kontakcie bezpośrednim z wyborcami. Z pewnym rozbawieniem przyjmuję opinie lewicowego komentariatu, wedle których Adrian Zandberg lepiej radziłby sobie w pozyskiwaniu wyborców. Nie jest tajemnicą, iż Zandberg to – obok Darii Gosek-Popiołek – moja ulubiona postać w polskiej polityce. Jednak jego przewagi leżą w dziedzinach innych, niż walka o głosy (czego odzwierciedleniem jest szalona popularność partii Razem). Zaryzykuję tezę, iż nie ma w polityce wielu osób, które w bezpośrednim kontakcie sprawdzają się równie dobrze, jak Robert Biedroń. Widziałem go kilkukrotnie na żywo w akcji. Ten gość po prostu to ma. Kampania bezpośrednia w Polsce wciąż jest niedocenianą formą pozyskiwania poparcia. Przepracowaliśmy to całkiem nieźle w Krakowie, wprowadzając do Sejmu kandydatkę o znikomej rozpoznawalności wyjściowej. Przede wszystkim jednak doskonale rozumie to obecny obóz władzy. Nie ma przypadku w tym, że urzędujący prezydent odwiedził (niejednokrotnie) wszystkie polskie powiaty. W Polsce wciąż wielu jest wyborców, dla których osobisty kontakt z „człowiekiem z telewizora” często stanowi ważny czynnik w podejmowaniu decyzji wyborczych. Jeśli komuś jest generalnie wsio radno na kogo głosuje („wszystkie łone som chuje”), to łatwiej jest oddać głos na kogoś, komu uścisnęło się dłoń, z kim zrobiło się selfie. Biedroń w to umie jak – być może – nikt inny po lewej stronie. Oczywiście, pandemia ograniczyła to spektrum działania. Ale te umiejętności świetnie przydają się również w kampanii sieciowej, lajfach z wyborcami czy w wywiadach telewizyjnych i radiowych.

Stosunek do Kościoła Katolickiego – to kolejny temat, w którym Biedroń może się łatwo odróżnić od wszystkich bez wyjątku rywali, a zarazem mocno nakreślić agendę lewicy. Polityczni hochsztaplerzy w typie mecenasa Giertycha gardłują, że nie ma szans na zwycięstwo w Polsce kandydat antyklerykalny. Być może. Ale Biedroń nie walczy – jako się rzekło – o zwycięstwo. Może mieć zatem w głębokim poważaniu tych, którym jego antyklerykalizm przeszkadza. A sam antyklerykalizm jest namiętnością wzbierającą na sile w polskim społeczeństwie (co ciekawe, także w umiarkowanie konserwatywnej jego warstwie). Co ważne, należy tu wyraźnie oddzielić antyklerykalizm od wojującego ateizmu. Napiętnowanie dominującej pozycji kleru i wynikających z niej patologii nie ma nic wspólnego z religią. Jest zwyczajnym uderzaniem w instytucję niedemokratyczną, która zagraża wolności i bezpieczeństwu jednostek. Ich interesu winny bronić instytucje demokratyczne, ale te zawodzą, bo ich zarządcy chodzą na pasku kleru. W ten bęben trzeba walić jak bohater filmu „Whiplash”. I żaden z innych kandydatów, choćby dwoił się i troił, choćby stawał na rękach i wywijał piruety, nawet nie zbliży się do pozycji wyjściowej, jaką ma w tej materii Biedroń. Kiedy np. taki Hołownia wyskoczy ze swoją mętną wizją rozdziału Kościoła od państwa, można mu odparować, że w czasach kiedy pisał swoje kolejne natchnione książki o roli Kościoła w społeczeństwie, Robert na własnej skórze przekonywał się o tej roli, będąc wyszydzanym, poniżanym, wykluczanym, wyśmiewanym (nawet w parlamencie). Tutaj wchodzimy w inny temat – bodaj najpełniej wyrażający różnicę pomiędzy Biedroniem a rywalami i dający mu pole do popisu w szerzeniu lewicowej wrażliwości. Temat zarazem niezwykle trudny i wymagający szczególnego wyczucia.

Pierwszy Gej Rzeczypospolitej

Zastanawiałem się, czy i jak poruszyć ten temat. Z prostego powodu – jestem heteroseksualistą. Nie mam pojęcia, jak smakuje Polska osobie nieheteronormatywnej czy niebinarnej. Nie wiem, jak to jest mierzyć się na co dzień z agresją, nienawiścią, brakiem akceptacji, wykluczeniem. Tym bardziej nie wiem, jakie myśli i uczucia towarzyszą osobom, które ze swojej orientacji czynią kwestię polityczną, narzędzie w realizacji większego celu, jakim jest równość obywatelek i obywateli. Obawiam się, że to, co mam do napisania, wyczerpie znamiona tzw. straightsplainingu. Podejmę jednak to ryzyko, bo sprawa jest w mojej opinii zbyt ważna, aby ją w tych rozważaniach pominąć.

Robert Biedroń jest pierwszym w historii Polski wyoutowanym homoseksualistą, który ubiega się o najwyższy urząd w naszym państwie. Nie wiem, czy możemy przejść nad tym faktem do porządku dziennego. Nie w sytuacji, gdy nasz kraj lideruje we wstydliwym rankingu najbardziej homofobicznych państw Unii Europejskiej. W tym jednym z ostatnich skansenów obyczajowych współczesnej Europy do najbardziej popularnej rywalizacji politycznej staje gość, który otwarcie mówi „jestem gejem”, a towarzyszy mu jego partner, inny ważny i rozpoznawalny polityk. Nie ma wyraźniejszej cezury pomiędzy nim a innymi kandydatami.

Według badania Dalia Research około 5% polskiej populacji identyfikuje się jako LGBT+. To dwa miliony obywatelek i obywateli, którzy codziennie stawiają czoła skrajnie nieprzychylnej im rzeczywistości. Nie ma w stawce kandydatów do prezydentury polityka, który może powiedzieć „rozumiem Was” równie szczerze i odpowiedzialnie, co Robert Biedroń. Większość dla mniejszości seksualnych ma tylko pogardę, a niektórzy coś tam przebąkują o równości, potrafią nawet zaproponować „kartę LGBT+”, ale już nie kwapią się do jej realizacji. Tylko Biedroń jest wiarygodny, gdy mówi o pragnieniu równości.

Wiem, że są tacy w jego otoczeniu, którzy suflują mu wyciszenie tego kontekstu. „Ludzie w wyborach prezydenckich nie zagłosują na pedała” – tak formułują ten argument homofobiczni pomyleńcy. Skoro jednak Biedroń nie walczy o elekcję, a o lewicową sprawę, to należy odwrócić szyk i zadać pytanie: co zrobić, aby homoseksualiści, lesbijki, osoby biseksualne, transpołciowe, niebinarne i inne, identyfikujące się jako LGBT+ zagłosowały na Biedronia? A to nie jest oczywiste. Tak, jak każdy prawak ma kolegę-geja, który głosuje na PiS, tak każdy lewak ma koleżankę-lesbijkę, która nie chce głosować na Biedronia. Powody są różne, nie widzę dla siebie przestrzeni do rozważań w tym temacie. Mnie – człowieka w całości oddanego lewicowej sprawie – interesuje to, jak można odmienić stan rzeczy w temacie akceptacji i równych praw mniejszości seksualnych.

Obowiązkiem trybuna lewicy jest stawać w obronie słabszych, podtrzymywać słabnących, wspierać wykluczonych. Czy kandydat homoseksualista może lepiej uchwycić tę rolę, niż poprzez wyniesienie na piedestał mniejszości seksualnych z ich dramatami? Czy nie powinien on odwiedzić tych polskich gmin, które radni zhańbili uchwałami o „strefach wolnych od LGBT”? Czy nie powinien tam grzmieć w obronie tych wszystkich osób, które takie działania wyrzucają poza margines? Czy nie powinien konfrontować się z tymi wszystkim nienawistnikami, niewidzącymi na ziemi miejsca dla osób nieheteronormatywnych? Dziś LGBT+ to nie tylko konkretny obszar ludzkich dramatów, ale i bardzo wyraźny symbol wszelkich mechanizmów wykluczenia wobec konkretnych grup. Pokazując bezsensowność, haniebność i drastyczność sytuacji osób nieheteronormatywnych w Polsce oraz istotę aparatu opresji, można wyprowadzać paralele dla kolejnych wykluczonych grup. Tak można uzyskać synergię grup uciskanych przez konserwatywno-liberalnego hegemona i ukierunkować ją na realną zmianę – jak to się robi, wiedzą Brytyjczycy.

W polskim społeczeństwie postrzeganie mniejszości seksualnych zmienia się na lepsze. Zmiana ta jednak następuje zbyt powoli, aby obecne i następne pokolenia osób identyfikujących się jako LGBT+ mogły czekać w spokoju i poczuciu bezpieczeństwa na lepsze czasy. Jednym z kluczowych czynników uprzedzeń jest strach przed nieznanym, wynikający często ze zwyczajnej niewiedzy, nieznajomości tematu. Kto lepiej, niż Robert Biedroń może dziś unaocznić swoją normalność i zwyczajność przysłowiowej pani Stanisławie, emerytce z Miastka, która o gejach słyszała tylko z ambony? Nie ma się co brzydzić przaśnych, domowych sesji zdjęciowych w Vivie czy Pani Domu, okraszonych opowieścią o tym, jak to jeden z partnerów wraca do drugiego po pobycie w Brukseli, razem gotują, jedzą kolację, oglądają serial. Razem idą na zakupy, odwiedzają rodziny, spędzają święta i wakacje. Zaciekłego homofoba to nie przekona, bo jego nie przekona nic. Ale mnóstwo jest w Polsce osób, które tematu LGBT+ się boją, ale zarazem są go ciekawi w wymiarze zwykłym, ludzkim. I ta ciekawość – gdy zaspokojona – może otworzyć im drogę do zmiany zdania.

Co ważne, pozytywny stosunek do równości seksualnej w Polsce wykracza wyraźnie poza elektorat lewicowy. Otwartość w tej sprawie staje się immanentnym elementem kodu kulturowego, który tzw. elektorat demokratyczny, proeuropejski chciałby widzieć jako swój. Biedroń jest jedynym kandydatem, które ma tutaj wszystkie karty na ręku. Jedynym, który tej sprawie może się ze szczerym oddaniem poświęcić. Wyobraźmy sobie taką depeszę zagranicznej agencji prasowej: „W narodowo-katolickiej, ultrakonserwatywnej Polsce, miliony wyborców oddało w pierwszej turze głos na kandydata homoseksualistę, który odważnie i stanowczo stanął po stronie grup społecznie wykluczonych, w tym LGBT+.” Czy nie byłby to powiew nadziei, o jaki nam chodzi?

Jak mówić, aby być usłyszanym.

Jak napisałem powyżej, Biedroń ma swobodę w komunikowaniu się. Komunikacja z otoczeniem społecznym jest absolutnie kluczowym aspektem każdej kampanii (a właściwie każdej działalności politycznej). Moim zdaniem są w tym względzie pewne rezerwy po stronie samego kandydata, jak i jego sztabu. Słusznie zauważył jeden z komentatorów w lewicowej bańce, że ktoś musi Biedroniowi podsunąć nowe, lepsze bonmoty. Łatwiej o to, gdy nie trzeba sprzedawać kandydata, a można sprzedawać idee i sprawy, wokół których chce się zgromadzić wyborców. Dobrym przykładem jest hasło „Cywilizacja godności kontra cywilizacja pogardy”. Brzmi pompatycznie, sztucznie i mało wyraźnie. Może być też rozmaicie interpretowane, bo różne są znaczenia godności i pogardy dla różnych grup społecznych. Tworząc hasła trzeba uderzać tak, aby wszyscy dobrze wiedzieli, w co się celuje, bez dopowiedzeń. Np. „wsparcie państwa prawem powszechnym” jasno wskazuje, że każda obywatelka i każdy obywatel ma prawo oczekiwać pomocy od państwa w kryzysie. Dobre hasła i bonmoty znacznie ułatwiają komunikację, są wytrychami, które pozwalają dostać się na stałe do debaty publicznej, nie wolno tego lekceważyć. A lewicowa agenda to kopalnia spraw, które można ująć w formie chwytliwego, powszechnie zrozumiałego hasła.

Wszyscy kandydaci bez wyjątku mają spore rezerwy w komunikowaniu wyborcom jaki jest konkretny, realny wymiar uprawnień prezydenta, wynikający z zapisów ustawy zasadniczej. Biedroń powinien częściej i dokładniej wskazywać na to, co dokładnie prezydent może zrobić w danej sprawie i w jaki sposób. To dobra okazja do mówienia o konkretnych sprawach w praktycznym ujęciu. Przykład: prezydent ma prawo wnioskowania do Najwyższej Izby Kontroli o wszczęcie postępowania kontrolnego w Prokuraturze Krajowej. Choćby w sprawie nieprawidłowości w ściganiu pedofilii w Kościele (które wskazali m.in. bracia Sekielscy w swoim najnowszym filmie). Mówiąc o tym na konferencji przed siedzibą NIK Biedroń może nie tylko dowalić aktualnej władzy, poruszyć ważny dla siebie i swojej misji temat, ale i wykazać się zrozumieniem i przygotowaniem do pełnienia funkcji prezydenta. Przykłady takie można mnożyć, zarzucić nimi media i opinię publiczną.

Trzeba je też zarzucić działaniami, które wykraczają poza utarte konwencje. Czymś, co zapadnie w pamięci obserwatorów, zwróci uwagę na problem, wyjdzie poza schemat. Wszyscy dają wywiady, robią konferencje prasowe, lajfy w mediach społecznościowych. Za chwilę wszyscy wypuszczą reklamy do telewizji. Zapunktują ci, którzy zaproponują coś nowego lub przynajmniej rozwiną dotychczasowe formy. Wyobraźmy sobie np. że Biedroń uruchamia licznik krajowego bezrobocia, który jest aktualizowany kilka razy dziennie. I przed tym licznikiem robi konferencje, na których punktuje dziurawość i nieadekwatność kolejnych tarcz. Popuszczając wodze fantazji, widzę ten licznik podwieszony pod licznik długu publicznego i moment, w którym wartość na liczniku bezrobocia spada, a wartość na liczniku długu się zwiększa. Otwierają się wtedy nowe możliwości w wyjaśnianiu Polakom balcerowiczowskich bzdur na temat tego, czym jest odpowiedzialna gospodarka. Może nawet sam Pan Profesor pofatygowałby się pod taki licznik i wdał w dyskusję z kandydatem… Ech, rozmarzyłem się. Back on track.

Aktualna kampania z oczywistego powodu polegać będzie w znacznym stopniu na obecności w sieci. Warto tutaj czerpać przykład z najlepszych wzorców – osób, które swoją karierę zbudowały na promocji idei, a nie odwrotnie (np. AOC, Bernie Sanders czy Ilhan Omar). Skorzystały one w niebywałym stopniu na możliwie najlepszym zrozumieniu specyfiki mediów społecznościowych. Wiedzą np. że najlepsza nawet konferencja prasowa nadawana w soszialach zawsze ustępuje osobistej relacji z wydarzeń, realizowanej przez samego głównego protagonistę. Przykład: gdy piszę te słowa, Biedroń jest na Śląsku. Część relacji z tej wizyty mogłaby być zrealizowana w formie filmików nagrywanych komórką przez niego samego – np. ze spaceru po dzielnicy, spotkania z wyborcami, może nagranie krótkiej wypowiedzi jakiejś osoby, może jakieś swoje przemyślenia. To jest elementarz mediów społecznościowych. Jakkolwiek dziwne się to wydaje, tzw. stories na Facebooku czy Instagramie robią znacznie lepsze zasięgi i wzbudzają większe zainteresowanie, niż ustandaryzowane posty. Wyborcy często bardziej skłonni są wysłuchać propozycji kandydata, gdy dowiedzą się najpierw, jaką kawę pija, którym tramwajem jeździ do roboty, gdzie kupuje chleb a gdzie warzywa.

Lewicowiec z silną agendą nie może obawiać się konfrontacji z innymi politykami. Także konfrontacji agresywnej, opartej o negatywny przekaz. Większość spotów wyborczych to zachwalanie siebie samego. A przecież jednym z najskuteczniejszych tego typu działań był słynny spot PiSu z pustą lodówką. Zarówno w internecie, jak i w telewizji, materiały konfrontacyjne, agresywne w stosunku do oponentów cieszą się znacznie większą popularnością. A przecież agenda lewicy to występowanie w interesie tych, którzy są wkurzeni, czują się pogardzani, odrzuceni, niesłuchani. Nie oczekują oni od swoich reprezentantów, że będą głaskać po głowach oponentów. A Biedroń ma z czego i komu przywalić. Zostawiając na boku Dudę, który jest chodzącą i bełkoczącą tarczą strzelniczą, może wypunktować Kosiniaka za jego wkład w liberalne rządy, skutkujące dominacją PiSu, Trzaskowskiego za niejedno gówno, które wybiło w Warszawie (jak prezydent miasta prezydenta miasta), Hołownię za ideową nijakość i wszystkie dziwne wypowiedzi z przeszłości. Czy to się nam podoba, czy nie – gawiedź potrzebuje igrzysk. A na igrzyskach najlepsze momenty to te, w których jeden gladiator zdzieli drugiego mieczem przez łeb.

Trzeba szukać każdej okazji do konfrontacji. Jeśli Kosiniak-Kamysz mówi, że zaprasza kandydatów do debaty o ochronie zdrowia, trzeba natychmiast podjąć rękawicę, nawet jeśli inni kandydaci wymiękną. Gdy Hołownia twierdzi, że jest gotów do „porządnej, otwartej rozmowy na tematy ważne dla Polek i Polaków”, to nie można pozwolić mu czekać, trzeba natychmiast zweryfikować jego gotowość i zagonić go w debacie w kozi róg. To są kolejne okazje do nagłośnienia swojej agendy, ale też szanse na pokazanie, iż jest się w stanie nie tylko bronić swoich przekonań, lecz również dać odpór rywalom – oczywista oczywistość.

Czasu na kampanię będzie dramatycznie mało. Trzeba go wykorzystać do bezpośredniego kontaktu z liderami opinii, jako pośrednikami pomiędzy kandydatem a potencjalnym elektoratem. Zwłaszcza liderzy choćby luźno związani z ideą lewicową mogą usprawnić proces gromadzeniu ludzi wokół ważnych dla Biedronia i lewicy spraw. Feministki, związkowcy, działacze LGBT, naukowcy, emeryci, rzemieślnicy, personel medyczny, aktywiści miejscy, działacze społeczni – wszyscy oni mają pośród siebie liderów, którzy wpływają na ich opinie i działania. Do tych liderów trzeba się zwrócić bezpośrednio – choćby na wideokonferencjach. I trzeba mniej do nich mówić, a więcej słuchać. Biedroń przetestował to z sukcesem organizując rok temu cykl tzw. burz mózgów. Sygnały płynące z takich spotkań należy przekuwać we wnioski i postulaty, a te wprowadzać do bieżącej narracji, nie zapominając o ich autorach. Tak uwspólnia się sprawy, interesy i poczucie odpowiedzialności.

Istotną rolę w budowaniu takiego przekazu odgrywać może klub parlamentarny Lewicy. Narzędzie, które dopiero niedawno weszło znów do naszego repertuaru. Ciekawym posunięciem wydaje się nadanie nowej, ważniejszej roli w sztabie Agnieszce Dziemianowicz-Bąk. Tutaj jednak trzeba bardzo uważać. Biedroń często zaczyna zdanie od słów „my, jako Lewica” (które – nawiasem pisząc – są niegramotne). Jak wskazałem powyżej – w tej kampanii nie chodzi już o Lewicę, lecz o lewicę. To nie Robert Biedroń ma być boostem dla działań klubu, lecz klub boostem dla narracji Biedronia. Każda z posłanek i każdy z posłów może odegrać w tym procesie konkretną rolę. Może na przykład wesprzeć Biedronia w narracji na temat, w którym się specjalizuje. Może wskazać swoim wyborcom, w jaki dokładnie sposób lewicowy prezydent ma szansę dopomóc danemu reprezentantowi wyborców w realizacji jego programu. Może do tego wykorzystać media tradycyjne i internetowe, poszerzając tym samym grono osób zainteresowanych wspólnymi sprawami i tematami. Trzeba też dobrze zrozumieć istotę rywalizacji w wyborach prezydenckich. Wyborcy głosują na konkretną osobę, która jest dla nich punktem odniesienia, symbolem. W mojej optyce Robert Biedroń jest symbolem lewicowej sprawy, ale nie może on się rozmywać w oczach elektoratu. Gra zespołowa w tych okolicznościach jest oczywistością, ale zespół ten musi być tylko tłem dla frontmana. Zwłaszcza w warunkach turbokampanii nie można rozpraszać uwagi wyborców. To bardzo ważne. Także dlatego, że ostatecznie to tylko Robert Biedroń poniesienie polityczną odpowiedzialność za wynik – mierzony również w dłuższym okresie.

Stawka dla niego jest bardzo wysoka. Wiele wskazuje na to, iż poniesienie porażkę w realizacji celów nakreślonych na samym początku kampanii. W oczach opinii publicznej może stać się symbolem porażki, co zepchnie go na boczny tor lewej zwrotnicy politycznej. Jeśli będzie grał o te cele, czyli o swoją karierę, prawdopodobieństwo jego porażki jest wysokie. Jeśli jednak zdecyduje się – a za nim jego sztab – zagrać o inną stawkę, o wzmocnienie lewicowego głosu w polskiej debacie politycznej, o umocnienie lewicowej agendy, o przesunięcie ciężaru dyskursu w lewo, może zdobyć bardzo szczególną nagrodę, jaką jest polityczna wiarygodność, społeczne zaufanie i silniejsza pozycja na scenie. Przykładem niech będzie choćby Bernie Sanders, który przegrywa wprawdzie kolejne kampanie, ale w niebywałym stopniu przyczynia się do zmiany politycznego krajobrazu Stanów Zjednoczonych.

Jeden z najbardziej szanowanych działaczy mojej partii określił swego czasu Roberta Biedronia jako najlepszą polityczną Coca-Colę, jaką mamy na lewicy. Inni, mniej przychylni mu lewacy porównują go do sprzedawcy garnków. Nie obrażałbym się na te porównania. Chodzi o to, żeby nie sam Biedroń był Coca-Colą, a lewicowa agenda. Zaś lewicowe postulaty aby były garnkami, które będzie sprzedawał, zamiast siebie. Wszak Coca-Cola jest najbardziej rozpoznawalną marką na świecie, produktem, który większość ludzi spożywa regularnie. Garnki zaś są przedmiotami niezbędnymi w codziennym życiu.

Skuteczne rozpowszechnienie lewicowej idei i uczynienie jej niezbędną do życia społecznego – tego właśnie życzę w tej kampanii Robertowi Biedroniowi z całego serca. A kto wie, co może się jeszcze wydarzyć w najbliższych tygodniach, jeśli mu się to uda? Być może wtedy pozornie niemożliwe stanie się możliwym – a to jest przecież istota lewicowości.


O Robercie Biedroniu i jego kampanii obficie i szczegółowo informuje Lewicowy Hub – mój blogowy habitat. Nie nagłośnimy lewicowej sprawy bez własnych mediów, a tych nie zbudujemy bez środków. Rozważcie wsparcie – każdy grosz się liczy!

Autor: Filip Piotr Skóra

Filip Piotr Skóra - socjalista, związkowiec, przewodnicząc koła Naprzód przy krakowskiej Nowej Lewicy, menedżer projektów

Dodaj komentarz