Kategorie
Polityka

Gowin, jakiego nie znacie

Swego czasu miałem okazję obserwować Jarosława Gowina z bliska. Opowiem Wam o tym, co widziałem.

– Panie Filipie, pozwoli pan, że odbiorę, dzwoni Schetyna.

– Oczywiście.

– Witaj, Grzegorzu. Czy mogę do Ciebie oddzwonić za kwadrans? Bo mam tutaj ważną sprawę.

Tą ważną sprawą byłem ja, a konkretnie projekt, który realizowaliśmy wspólnie z Jarosławem Gowinem.

Ścieżki życiowe zaprowadziły mnie w roku 2009 na Wyższą Szkołę Europejską im. ks. Józefa Tischnera. W trakcie tej przygody stanąłem na czele największego wówczas projektu studenckiego uczelni, byłem przewodniczącym samorządu studentów, zasiadałem w uczelnianym senacie. Nałożyło się to również w czasie na moją pierwszą poważniejszą aktywność polityczną. We wszystkich tych sprawach ważną rolę odgrywał Jarosław Gowin. Spędziłem z nim trochę czasu, miałem okazję się mu przyjrzeć, całkiem nieźle poznać. Dzisiaj Gowin – z wiadomych przyczyn – staje w centrum sceny politycznej, będąc tzw. języczkiem u wagi. Publicyści i komentariusze wszystkich opcji próbują Gowina zrozumieć, ująć w ramy, przewidzieć jego ruchy. Szukają o nim wszelkich informacji. Podzielę się zatem z Wami tym, co wiem i co widziałem, słyszałem.

Opowiem Wam o Gowinie.

Kręgosłup Gowina – jeden z totemów polskiej polityki. Kręgosłup Jarosława Gowina to pierwsze, co rzuca się w oczy. Gowin jest mężczyzną wysokim (w dowodzie ma 185 cm), raczej smukłym, proporcjonalnie zbudowanym. Sylwetkę swoją przykrywa dość starannie dobranymi ubraniami, z obowiązkową marynarką (od kiedy poszedł w ministry – do kompletu ze spodniami w garniturze) i krawatem, często w eleganckim swetrze na jasnej koszuli. W okresie chłodnym chętnie przywdziewa długie, ciemne jesionki, a na nie zarzuca obowiązkowy szal w głębokiej, ciemnej czerwieni (swego czasu jego znak rozpoznawczy). Cały ten dobytek – ciało i ubiór – wraz z wciąż rozmyślającą i często zatroskaną głową, Gowin dźwiga na kręgosłupie. Że jest to ciężar niemały, widać gołym okiem. Charakterystyczna jest dla Gowina poza, w której skłania głowę w dół – mówiąc, słuchając, obserwując. Jeśli się przyjrzycie dobrze, dostrzeżecie niewielki garb na odcinku szyjnym. Nie szpeci on jednak posiadacza, raczej przydaje mu uroku.

Gowin patrzy z góry na większość spotkanych na swojej drodze ludzi. W rozumieniu dosłownym – z racji wzrostu. W rozumieniu przenośnym zaś jest (a przynajmniej było „w moich czasach”) odwrotnie. Pierwszy raz Gowina spotkałem i rozmawiałem z nim w roku 2003. Jako świeżo upieczony laureat ogólnopolskiego konkursu negocjacyjnego przez tzw. pieć minut dostawałem zaproszenia na różne dziwne wydarzenia okołopolityczne w Krakowie. Jednym z nich była wizyta innego świeżaka – Donalda Tuska, który właśnie objął jednoosobowe przywództwo w Platformie Obywatelskiej. Zorganizowano w związku z tym jakiś raucik wiernopoddańczy w krakowskich kręgach okołoplatformianych – i ja tam byłem, kanapeczki jadłem, malwazję piłem. A przy standzie z winem spotkałem Gowina. Porozmawialiśmy chwilę, kurtuazyjnie. Byłem zaskoczony. Słuchał mnie. Aktywnie, uważnie, z wyraźnym zainteresowaniem, po prostu. Mnie, totalnie anonimowego dzieciaka pośród rozmaitych vipów. Poznałem już wtedy kilku polityków z pierwszych stron gazet (z tego miejsca pozdrawiam m.in. premiera Leszka Millera) i każdy z nich wyraźnie dawał odczuć, kto jest ważny, a kto jest gawiedzią. Gowin zachował się inaczej. Pomyślałem, że to tylko przelotne wrażenie. Po kilku latach okazało się, że to jest jego domyślna postawa wobec ludzi.

Odbyłem z nim wiele spotkań sam na sam i w szerszym gronie. Niezależnie od tego, czy spotkanie było kameralne, czy gremialne, czy dotyczyło spraw uczelnianych, czy politycznych, czy odbywało się w jego biurze rektora, w biurze poselskim, w siedzibie któregoś z zaprzyjaźnionych z nim środowisk czy w przestrzeni publicznej, bez różnicy – Gowin słuchał. Był obecny nie tylko ciałem, skupiał swoją uwagę na rozmówcy. Tak samo wobec rozmaitych vipów, znanych postaci, polityków, profesorów, jak i wobec nas – prostych, często niezbyt rozgarniętych studentów, aktywistów, generalnie młodych ludzi bez większego znaczenia. Swoją uwagą owo znaczenie nam nadawał, pozwalał poczuć się ważnymi. To zawsze robi wrażenia, prawda? Z początku myślałem, że to tylko zwykła uprzejmość, ale z czasem przekonałem się, że on naprawdę słucha i jest szczerze ciekaw tego, co ludzie mają mu do powiedzenia. Zapamiętuje rozmaite fakty o rozmówcach, z pozoru błahe. Ta jego pełna obecność w kontakcie z drugą osobą budowała zaufanie do niego. Starał się też być punktualnym, choć z czasem – i wzrostem odpowiedzialności z tytułu pełnionych funkcji politycznych – o ową punktualność było coraz trudniej. Jeśli wiedział, że nie zdąży na spotkanie, uprzedzał telefonicznie o spóźnieniu.

W gruncie rzeczy – to takie proste, prawda? Tak się właśnie buduje relacje, zaufanie, wiarygodność. Uważne słuchanie i szacunek dla drugiej osoby (oraz jej czasu) to jedne z najprostszych sposobów na podryw. W życiu prywatnym, w biznesie, w polityce. Łatwo możecie sobie wyobrazić, jakie wrażenie robiło to na kimś takim, jak ja wówczas. Zwłaszcza, że Gowin dość szybko skracał dystans – w tym sensie, że wdrażał w świat wielkiej polityki, opowiadał o sprawach, o których nie pisano w gazetach, dyskutował problemy polityczne, społeczne, rozmaite scenariusze, opowiadał dość otwarcie o postaciach życia publicznego, a nierzadko pytał o opinie w sprawach, które go zajmowały. Widać było, że polityka to jego pasja i tę pasję lubi dzielić z innymi. Oczywiście, były kręgi wtajemniczenia, a ja ani przez moment nie należałem do tego bliższego. Mimo wszystko czułem, że jestem integralną częścią większej całości, którą zarządza Jarosław Gowin. I to poczucie miał każdy, kto z nim współpracował.

Kiedy przyglądam się dziś kadrom Porozumienia, rozpoznaję wiele nazwisk, które już wtedy orbitowały wokół Gowina. WSE im. Tischnera miała być w zamyśle kuźnią kadr politycznych, to było oczko w głowie Gowina. Włożył wiele wysiłku, aby ta prywatna uczelnia miała nie tylko prestiż, ale i odgrywała praktyczną rolę w budowaniu jego zaplecza. Wokół uczelni narosło sporo inicjatyw, które w zamyśle skierowane były na kształcenie kompetentnych kadr politycznych, przyszłych liderów (także świata nauki), urzędników, działaczy społecznych. Efekty były różne, choć przeważnie poniżej oczekiwań. Przykładem choćby szkoła przywództwa politycznego, którą firmowali z początku politycy tacy, jak Radosław Sikorski, Jan Rokita czy Kazimierz Marcinkiewicz. Gowinowe starania w tym względzie – kreowania kadr politycznych – przyniosły jednak pewne owoce. Dziś w polityce i na jej obrzeżach funkcjonują ludzie, którzy przeszli te wytyczone przez Gowina szlaki. Do tych osób wrócę w dalszej części tekstu.

Jednym z opisywanych przeze mnie wyżej przedsięwzięć była Akademia Służby Publicznej. Projekt, który wymyśliłem i opisałem w roku 2010, pod wpływem pewnego wydarzenia i jego następstw. Miał na celu wyposażenie osób działających na niższych szczeblach sektora publicznego (jak i wchodzących doń) w kompetencje i wiedzę praktyczną, której nie uczy się na studiach oraz zapoznanie z tzw. dobrymi praktykami w różnych segmentach szeroko pojętej służby publicznej. Pierwsza edycja zgromadziła ponad stu uczestników z całej Polski, w różnym wieku i o różnym profilu zawodowym (jednak zawsze związanym z sektorem publicznym). Pośród gości, wykładowców i panelistów m.in. legendy NGOsów, sędziowie TK i SN, uznani prawnicy i urzędnicy, znani politologowie i socjologowie, ekonomiści, goście z zagranicy oraz – oczywiście – politycy z pierwszych stron gazet. Do współpracy przy organizacji udało się wciągnąć ważne instytucje życia publicznego, uczelnia szczególnie ceniła zaangażowanie Fundacji im. Konrada Adenauera. Jako pomysłodawcy przedsięwzięcia, mnie powierzono koordynowanie go. Projekt okazał się sukcesem, tak w opinii organizatorów, uczestników, partnerów, jak i władz uczelni. Gowin pękał z dumy. Bo to było także jego dzieło.

Gówno byśmy zrobili, gdyby nie on. Projekt był w całości studencki. Oznaczało to, że wykładowcy i pracownicy WSE nie ingerowali na żadnym etapie w jego kształt i realizację. Pozostawiono nam wolną rękę. Kadry pomagały nam w zakresie, w jakim ich prosiliśmy, ale bez presji. Taki dostali prikaz od rektora Jarosława Gowina. A on dał przykład. Właściwie co tydzień miałem u niego audiencję, podczas której zdawałem krótką relację z postępu w pracach nad projektem, ale głównie formułowałem litanię próśb i oczekiwań. A to w sprawie kontaktu do jakiegoś potencjalnego gościa, a to w kwestii mediów, a to o otwarcie drzwi do jakiegoś sponsora (którego przekonać musiałem już jednak sam), a to o skonsultowanie listy nazwisk na panelu, żeby był maksymalnie pluralistyczny ideowo i poglądowo (do tego jeszcze wrócę). Gowin wciągnął się – na miarę swoich możliwości czasowych – w organizację. Zależało mu, aby przedsięwzięcie udało się możliwie najlepiej. Ale nie najlepiej z jego perspektywy, lecz w odniesieniu do naszych – studenckich – założeń i celów. Bardzo mi to imponowało. Jak i to, gdy – siedząc przede mną za biurkiem – dzwonił np. do ministra kultury, prezesa PKO, byłego prezesa TK lub redaktora naczelnego Rzeczypospolitej i mówił „słuchaj, pojawi się u Ciebie wtedy i wtedy mój student, który robi ciekawą rzecz, proszę Cię tylko, abyś go wysłuchał”. A ja potem – w towarzystwie współkoordynatorki projektu – jechałem do tego kogoś i przekonywałem do udziału lub wsparcia. Gowin otwierał nam drzwi do gabinetów, ale to nas czynił odpowiedzialnymi za efekt ostateczny tych rozmów, pozwalał się wykazać, uczynił autorami, a nie tylko dysponentami ewentualnych sukcesów i porażek. Czy nie tak postępuje dojrzały i mądry lider?

Lider. Podczas pierwszych spotkań z Gowinem ciężko było mi sobie wyobrazić w nim mojego lidera. Przede wszystkim dlatego, że bardzo dużo dzieliło nas w kwestii poglądów na politykę, a przynajmniej tak mi się zdawało na początku. A wiecie, jak to jest z gówniarzami – w szpilce ważna jest dla nich przede wszystkim ostra końcówka i jej zastosowanie. Jeśli barwy, to tylko jaskrawe i wojenne. Jeśli poglądy, to tylko przeciwstawne. Wtedy, w połowie moich lat dwudziestych, zbyt dużą wagę przykładałem jeszcze do etykietek na opakowaniach, a zbyt małą do ich zawartości. A na Gowinie widziałem etykietkę „konserwa”. Dla mnie zniechęcającą. Jeszcze wtedy nie uważałem się za lewicowca, ale z dzisiejszej perspektywy wiem, iż poglądy miałem wyraźnie lewicowe (chociaż, jakże mi przykro, nie urodziłem się socjalistą, jak wielu wokół mnie obecnie). Przeszkadzała mi jednak – otóż właśnie – etykietka. Etykietka lewicy, to była wówczas w moich oczach estetyka Leszka Millera, postkomunizmu, TVP Roberta Kwiatkowskiego (dzisiaj łezka kręci się w oku…), Rywina przychodzącego do Michnika etc. etc. Widziałem siebie pośrodku, pomiędzy „konserwą” a „komuną”. I wtedy pojawił się Gowin. Wiadomo, fajna sprawa być blisko gościa z telewizji, ale… no… Gowin. Konserwa.

Dość szybko okazało się, że etykietka nie ma większego znaczenia w kontekście realizowanych wspólnie działań. Przede wszystkim zaś Gowin budził sympatię tym, w jaki sposób traktował wszystkich wokół, jak ich angażował w działanie, jak wspierał w przedsięwzięciach. Zwróciłem też uwagę, iż starał się zawsze być tam, gdzie działo się coś ważnego dla ludzi z nim związanych. I nie po to, aby brylować, ale by okazać szacunek, wspomnianą już przeze mnie kilkukrotnie uwagę. Tak budował relacje, które procentowały i procentują – zapewne – do dziś. Przykład: gdy kierowane przez Jadwigę Emilewicz Muzeum PRL otwierało kolejną wystawę czasową, Gowin był obecny. Nawet, jeśli oznaczało to ekwilibrystykę kalendarzową. Swoją postawą dawał przykład innym, jak powinien – w jego opinii – postępować lider. Nie tylko rządzić, wydawać polecenia. A jeśli rządzić, to z pewnością nie zginając siłą karków, pozbawiając godności, pomiatając. Lider powinien inspirować, torować ścieżki, wskazywać kierunek, budować i umacniać więzi, wzmacniać tych, których prowadzi. Nie powinien rozkazywać z bezpiecznej odległości, lecz przewodzić.

Przywództwo. To jedno z tych słów, które najczęściej słyszałem z ust Gowina. Prawdę pisząc, do dziś mam tak, że gdy słyszę to słowo, to kojarzy mi się ono właśnie z byłym rektorem WSE. Nie ulega wątpliwości, iż przywództwo jest dla niego kwestią, której poświęca dużo uwagi, na temat której ma wiele przemyśleń. Przede wszystkim zaś – kwestią jego osobistej aspiracji. Także dlatego z dużym zadowoleniem przyjął efekty projektu Akademii Służby Publicznej. Poza samym faktem, że projekt był naprawdę ciekawy i udany, dostrzegł też jeszcze jeden jego aspekt – zrealizowali go studenci, którzy w większości, ujmując rzecz delikatnie, nie byli predysponowani do takiej działalności. Widzicie, Moi Drodzy, WSE im. Tischnera miała wielkie ambicje, aby kształcić elity. I z początku wydawało się, iż jest na to szansa, a uczelnia może nawiązać do brytyjskich wzorców (miłych Gowinowi). Ale dość szybko te ambicje i plany zweryfikował wolny rynek usług edukacyjnych. Młodzież świadomie aspirująca do elity wybierała raczej renomowane uniwersytety, także dlatego, że edukacja była na podobnym poziomie, a znacznie mniej kosztowna. I tak z każdym rokiem na WSE coraz mniej było przyszłych premierów i prezydentek, a coraz więcej przyszłych następców i następczyń tronów w prężnie rozwijających się firmach rodzinnych – i to raczej małych lub średnich, z niekoniecznie prestiżowych branż. Uczelnia, będąca w zamyśle kuźnią ludzi o dużych aspiracjach, nieźle spełniała swoją rolę. Okazało się po prostu, że są to inni ludzie i inne aspiracje, niż zakładali założyciele. Dla zobrazowania zjawiska: byłem jednym z dwójki studentów mojego rocznika stosunków międzynarodowych, którzy zdecydowali się na ten kierunek, planując karierę w dyplomacji. Większość miała zapewnioną przyszłość w firmach swoich rodziców, a studia były warunkiem przekazania pałeczki. Oczywiście, byli też i tacy, którzy wybrali kierunek z powodu samego (ówczesnego) prestiżu uczelni, licząc na handicap w poszukiwaniu pracy (biuro karier przy WSE działało zresztą sprawnie i na wysokim poziomie). Ale miałem też kolegę, który wybrał stosunki międzynarodowe, bo spodobała mu się nazwa kierunku. Na innych kierunkach było lepiej (zwłaszcza na lingwistyce i zarządzaniu projektami), ale merytorycznie nie były one bezpośrednio związane z sektorem publicznym. I spośród takich właśnie „zasobów” trzeba było zrekrutować zespół projektowy Akademii Służby Publicznej. Zespół taki, składający się z ludzi, których niełatwo było czymkolwiek zmotywować, zrealizował duży i odważny projekt z sukcesem. Gowin docenił ten fakt i dostrzegł tych, którym udało się skutecznie przewodzić w takich warunkach. Tak otworzył się dla mnie drugi etap w mojej relacji z Jarosławem Gowinem – polityczny. A wraz z nim – nowa perspektywa. I nowe spojrzenie na to, kim naprawdę jest Jarosław Gowin.

Jakoś pod koniec 2010 roku odbyło się w Krakowie spotkanie promujące książkę Eryka Mistewicza i Michała Karnowskiego pt. „Anatomia Władzy”. W piwnicy pubu, napakowanej po brzegi ludźmi, w zdecydowanej większości niechętnych ówczesnej władzy, o książce i polityce dyskutowało trzech panów: współautor książki Karnowski, Piotr Zaremba (wtedy bodaj z Rzeczypospolitej) oraz Jarosław Gowin. Atmosfera spotkania (także za sprawą nastawienia publiczności) była specyficzna. Jak to ujęła moja koleżanka po zakończeniu – „ciągnęło PiSem”. Karnowski i Zaremba rozpływali się nad przenikliwością zmysłu obserwacyjnego Mistewicza, płynnie przechodzili do krytyki rządu PO, a w szczególności Donalda Tuska, nie zabrakło pełnych powagi i przejęcia refleksji na temat szansy, jaką dla Polski mogłyby być ewentualne rządy Prawa i Sprawiedliwości (było to na pół roku przed wyborami parlamentarnymi). Gowin – wówczas poseł PO, lecz już ogłoszony wszem i wobec liderem tzw. prawego skrzydła Platformy – wypowiedział w toku dyskusji zdanie, które przytaczam z pamięci (a zapamiętałem dobrze): „Różne rzeczy można zarzucić Donaldowi Tuskowi, zresztą, jak każdemu politykowi, ale w mojej opinii jest on największym, a być może jedynym polskim mężem stanu, co najmniej od czasu Tadeusza Mazowieckiego.” Po sali przeszedł pomruk niezadowolenia. Im bardziej narastał, tym wyżej Jarosław Gowin podnosił głowę (przypominam, przeważnie pochyloną) i tym szerzej się uśmiechał.

To nie była tania prowokacja dla okazjonalnej kontrowersji. Gowin rzeczywiście bardzo wysoko cenił Donalda Tuska, jako polityka. Zaryzykuję opinię, iż go podziwiał. Sporo różniło ich w kwestii poglądu na to, co dobre dla Polski i w jakim zakresie. Natomiast nie ulega mojej wątpliwości, iż Gowin widział w Tusku silnego przywódcę. Takiego, którego skuteczność, charyzma i siła budzą co najmniej respekt. Z rozmów z ludźmi, którzy znali Gowina dłużej i lepiej wynikało, że uważał się on za osobę bardziej kompetentną i o szerszych horyzontach, niż Tusk, ale uznawał swoje braki wobec Tuska względem naturalnych predyspozycji przywódczych i skuteczności w działaniu. Ilekroć postać ówczesnego premiera pojawiała się jako temat w rozmowach, w których brałem udział, Gowin mówił o nim z dużym szacunkiem, choć bez specjalnej sympatii. Na bieżąco analizował posunięcia Tuska, odnosił się do nich, próbował je przewidywać, wyprzedzać. Jak już wszyscy wiemy, szybko wszedł na ścieżkę otwartej rywalizacji o przywództwo z Tuskiem w PO. Paradoksalnie, była to naturalna konsekwencja jego fascynacji Tuskiem – rzucił wyzwanie osobie, która była dla niego wzorem do naśladowania w kwestii przywództwa. To najwyższa (choć osobliwa) forma uznania dla herszta – zamachnąć się na niego w otwartym pojedynku.

Zanim jednak Gowin zagrał va banque, grał dla drużyny, a zwłaszcza dla swojego skrzydła. Włączył się aktywnie w kampanię samorządową roku 2010, wspierając aktywnie kandydatów ze swojego otoczenia. Odegrał istotną rolę w układaniu ówczesnych list w okręgu. Ostatecznie o kształcie list zdecydował Donald Tusk, a na jego decyzji skorzystali ludzie w dobrych stosunkach z Gowinem (choć niekoniecznie z jego frakcji). Rola Gowina w krakowskiej i małopolskiej PO to osobny temat, w którym – jak w soczewce – skupia się leitmotiv jego politycznej egzystencji. Mówi się, że Platforma jest partią dużych miast i to na wielkomiejskich strukturach osadza się jej siła. Struktury krakowskie wówczas odstawały. Były wewnętrznie bardzo podzielone, nie potrafiły nawet uzgodnić kandydata na prezydenta miasta. Tak, jak w skali ogólnopolskiej, tak i w lokalnej, Gowin uchodził za outsidera bardziej, niż lidera większości. Jednak w Krakowie miał konkretny argument – był lokomotywą, która ciągnęła listy. Jako tzw. umiarkowany konserwatysta skutecznie dawał odpór PiSowi w okręgu, przyciągając tzw. po-pisowego wyborcę. O ile wiem, nie miał zbyt dobrych relacji z krakowską wierchuszką PO. Z ówczesnym baronem PO w okręgu dzieliło go wszystko, zwłaszcza przekonania o tym, co w polityce jest godne, uczciwe i dopuszczalne. Ostał się wtedy jako ostatni z grupy tzw. konserwatywnych intelektualistów krakowskich w PO. Rokita wraz z małżonką odleciał w wiadomym kierunku i wiadomym środkiem transportu, Kowal chwilowo postanowił ponieść się pieśni „Give PiS a chance”. Nawiasem pisząc – Paweł Kowal to jeden z tych polityków, których Gowin cenił najbardziej. Wychwalał jego intelekt, szerokie zainteresowania i prawość. Uważał, iż to wielki błąd Platformy, iż wypuściła go do PiS. Ironia losu – kiedy po latach Gowin postanowił dołączyć do Kowala, ten uciekł przed kolegą do PO. Z polityków spoza Krakowa Gowin szczególną miętę czuł do Bogdana Zdrojewskiego. Byli też – oczywiście – politycy PO, których nie znosił. W tej liczbie np. Grzegorz Schetyna. Kiedy jednak sam rzucił wyzwanie Tuskowi, co zbiegło się w czasie z załamaniem stosunków na linii Tusk – Schetyna, nie omieszkał połączyć siły z tym drugim. Sytuacja z telefonem od Schetyny, przytoczona przeze mnie na samym początku, miała swój ciąg dalszy. „Myślałem, że nie po drodze panu za Schetyną?” spytałem Gowina wówczas. „Owszem, panie Filipie, nie było mi po drodze. Ale w zaistniałej sytuacji połączył nas wspólny interes. Poza tym, to on zwrócił się do mnie pierwszy”. Przytaczam tę sytuację nie dla samej anegdoty. Ujawnia ona „klucze do Gowina”. Można sobie zadać pytanie: czy w obecnej sytuacji politycznej ktoś z tych kluczy korzysta i na ile umiejętnie?

Gowin jest konserwatystą. Ten jego konserwatyzm ma w opinii publicznej dwa dominujące wymiary – katolickiej etyki i liberalnej ekonomii. Szczególnie ciekawy jest religijny odcień Jarosława Gowina. Uchodzi on za dość rygorystycznego konserwatystę, który jako polityk – wyraźnie należy oddzielić tę jego rolę od roli redaktora w Znaku – reprezentuje interes Kościoła Katolickiego, choć w sposób zdecydowanie mniej groteskowy i służalczy, niż śpiewający biesiadnicy z pierwszych rzędów na urodzinach Ojca Dyrektora. „Gowin to katolicki fundamentalista!” – tak chętnie krzyczą niechętni mu ludzie na lewo od niego. Zaryzykuję tezę, iż nie jest to prawda. Zarówno w sprawach uczelnianych, jak i politycznych, jakie przyszło mi dzielić z Gowinem, temat katolicyzmu, Kościoła, etyki chrześcijańskiej właściwie w ogóle się nie pojawiał, a przynajmniej nie wychodził od samego Gowina. Jedynym środowiskiem, w którym widziałem i słyszałem Gowina perorującego o sprawach wiary, był Klub Jagielloński (do którego wrócę za moment). Od osoby, która znała go bardzo dobrze, przez wiele lat współpracowała z nim na uczelni i poza nią, usłyszałem dość kategoryczną opinię, że katolicyzm i religijność nie są nawet na podium osobistych wartości Gowina. Że niedzielna msza nie jest (a przynajmniej wtedy nie była) wcale zwyczajem, że nie przystępował do sakramentów. Że jego konflikt z własnym matecznikiem – środowiskiem Znaku – także i o to się rozegrał (innym podłożem miała być ponoć zbyt ograniczona przez Gowina rola ludzi Znaku we współtworzeniu WSE). Faktem jest, że „za moich czasów” Gowin nieporównywalnie częściej odnosił się do wartości republikańskich, niż chrześcijańskich. Sam też zżymał się na etykietkę religijnego fundamentalisty, uważał, że dorobiono mu taką gębę. Pewnego razu w rozmowie ze mną poskarżył się na Gazetę Wyborczą, która miała rzekomo każdy wywiad z nim lub artykuł o nim opatrywać tymi samymi zdjęciami na tle obrazu z papieżem lub krucyfiksu. Nie przypominam sobie, aby w publicznych wystąpieniach na uczelni (było – nie było z duchownym, jako patronem) lub z okazji kampanii politycznych odnosił się do wspólnoty rozumianej jako wspólnota wiary. W jego otoczeniu nie brakowało ludzi znacznie bardziej wyrazistych w swojej religijności. Nierzadka była opinia, iż rys religijny jego politycznej sylwetki jest bardziej strategiczny, niż tożsamościowy. W tym kontekście warto przytoczyć słynne słowa Gowina o „krzyku zabijanych zarodków”. Czy Gowin rzeczywiście słyszał ów krzyk? Tego z pewnością stwierdzić nie potrafię. Wiem natomiast, iż tym jednym zdaniem skutecznie umocnił swoją pozycję najbardziej prawilnego konserwatysty w centrum sceny i uczynił się znacznie atrakcyjniejszym w oczach wielu wyborców PiS, domyślnie gardzących każdym, kto ma lub miał coś wspólnego z PO.

Znacznie bardziej dogmatyczny i żarliwy był w temacie liberalizmu ekonomicznego. Z wyraźnym ożywieniem opowiadał o swoich projektach deregulacji kolejnych zawodów. Często podsuwał do przeczytania teksty rozmaitych liberalnych ekonomistów, z którymi się zgadzał. Czynił wytężone starania, aby tych autorów wprowadzić do swojego środowiska. Zdarzyło się mu w mojej przytomności wypowiedzieć opinię o Korwinie, że to wprawdzie wariat, ale jego poglądy na gospodarkę akurat są zdroworozsądkowe. Co ciekawe, planując pojedynek o przywództwo w PO z Donaldem Tuskiem, zamierzał zajść go od strony liberalnej, wykazując odejście Tuska od poglądów ekonomicznych, które były fundamentem ugrupowania u jego zarania. Zdarzało nam się o to spierać. Z perspektywy czasu mam wrażenie, że sprawiało mu to satysfakcję, gdy mógł wejść ze mną (lub kimkolwiek) w spór o kwestie ekonomiczne. I nie traktował mnie wówczas z góry – argumentował, wsłuchiwał się w kontrargumenty, wyjaśniał, przekonywał. Spierał się. Spór polityczny – to kolejne sformułowanie, które kojarzy mi się z nim bardzo mocno. O liberalizm w dziedzinie gospodarki i stosunków społecznych spierał się najchętniej i najżarliwiej. Jestem dziś ciekaw, jakie uczucia towarzyszyły mu przez ostatnie pięć lat, kiedy nie tylko nie miał przestrzeni, aby brylować ze swoim liberalizmem, ale też nie miał właściwie przestrzeni na żaden spór.

Ten jego liberalny sznyt czynił go – paradoksalnie – outsiderem w jego własnym środowisku i zapleczu. Ludzie Gowina to w większości konserwatyści obyczajowi, ekonomicznie znaczniej mniej zasadniczy, niż on. Istotnym elementem „świata Jarosława Gowina” jest Klub Jagielloński i jego krąg towarzyski. To właśnie KJ jest kolejnym kluczem do interpretacji i analizy tego, co Gowin w sferze publicznej robił i co zrobić zamierza. Większość jego współpracowników przewinęła się przez Klub. Sam Gowin uważał Klub za swoje naturalne zaplecze. W czasie kampanii roku 2011 tam biło jej serce. To także ludzie tworzący KJ odegrali znaczące role w formowaniu kolejnych partii Gowina – Polski Razem i Porozumienia. Odpowiadali zarówno za programy, jak i za komunikację. Pewien działacz polityczny, który zakręcił się koło Gowina w tym samym czasie, co ja (zaczynał w Młodzieży Wszechpolskiej, dziś jest samorządowcem PO) powiedział mi po latach, że przeanalizował kiedyś rozmaite publikacje KJ i tematyka wielu z nich stawała się po kilku miesiącach sednem bieżącej narracji Gowina. Gowin ceni to środowisko nie tylko dlatego, że sam z niego wyrasta, a ono jest wobec niego lojalne. Ceni ich za kompetencje. Bo kompetencje to kolejna ważna wartość dla Jarosława Gowina.

Gdybym – na podstawie moich obserwacji i doświadczeń – miał określić najważniejszą dla Gowina cechę w doborze współpracowników i zaplecza, to wskazałbym nie na maksymalną zgodność poglądów z liderem, lecz kompetencję lub rokującą gotowość do jej nabycia. Zwracał na to szczególną uwagę. Jeśli kogoś komplementował w rozmowach, to przeważnie zaczynał od słów „jest to osoba niezwykle kompetentna”. Oczywiście, było to gowinowskie wyobrażenie o kompetencjach, przeważnie oznaczające osobę gruntownie wykształconą, oczytaną, elokwentną, specjalizującą się w jakiejś dziedzinie. Kompetencja to wstęp do autorytatywności, a w aksjologii Jarosława Gowina autorytet zajmuje bardzo ważną pozycję. Sam cieszył się, gdy uznawano go za autorytet, ale też wciąż poszukiwał autorytetów dla siebie. Swoją polityczną misję w znacznym stopniu definiował jako przywrócenie w sferze publicznej mocy autorytetom. Wiele jego działań można interpretować według tego klucza. Jako rektor uczelni miał – jak wspomniałem – dość wybujałe wyobrażenia na temat jej roli, której sednem miały być nowe elity polityczne i społeczne. Ponieważ wychodziło, jak wychodziło, toteż chwytał się mocno nielicznych przykładów sukcesu i sporo w nie inwestował.

Oczkiem w głowie Gowina na WSE był kierunek zarządzania projektami (w moich czasach rzeczywiście na wysokim poziomie, może najwyższym w Krakowie). Traktował tę specjalizację nie tylko jako przewagę konkurencyjną na rynku usług edukacyjnych, lecz jako możliwość wprowadzenia kompetencji do życia publicznego. Przemawiając do studentów zarządzania projektami wielokrotnie podkreślał, że ich usług sektor publiczny potrzebuje nie mniej, niż prywatny. Że jakościowa zmiana w prowadzeniu polityki wiązać musi się ze zmianą kompetencyjną w obszarze zarządzania, a tutaj przyszłość należy do zarządzania projektami. Z dzisiejszej perspektywy – certyfikowanego menedżera projektów – dostrzegam wielowymiarową trafność i adekwatność tej myśli Gowina. Sam też chętnie chwalił się wprowadzaniem dobrych praktyk zarządzania projektami do swojej pracy, również politycznej. Na jednym ze spotkań publicznych niedługo po objęciu przezeń teki Ministra Sprawiedliwości opowiadał – z nieskrywaną chełpliwością – że gdy obejmował urząd po poprzedniku, na ministerialnym biurku walały się sterty nieposegregowanych dokumentów, a procedury przepływu informacji i pracy w ministerstwie były nieuporządkowane i dysfunkcyjne. On zaś, przy pomocy współpracowników, zmienił to w dwa dni, a na jego biurku jest tylko laptop i mały plik starannie dobranych dokumentów.

Jednym z najbliższych współpracowników Jarosława Gowina był wtedy Piotr Dardziński. Właściwie od samego początku swojej drogi naukowej i politycznej związany z Gowinem. W latach 2011-2013 kierował gabinetem politycznym Ministra Sprawiedliwości, wraz z Gowinem zakładał Polskę Razem i Porozumienie. Był sekretarzem stanu w Ministerstwie Nauki, od kwietnia zeszłego roku kieruje Siecią Badawczą Łukasiewicz. Kiedy Gowin wprowadzał swoich posłów do Sejmu kolejnych kadencji z list Zjednoczonej Prawicy, a w konsekwencji ministrów do kolejnych rządów, byłem zdziwiony, iż nazwisko Dardzińskiego w ogóle nie przewija się w doniesieniach medialnych. Swego czasu uchodził nie tylko za prawą rękę Gowina, ale materiał na jego następcę, jako lidera środowiska (oczywiście po wielu latach). Gowin bardzo wysoko cenił jego kompetencje i umysł. Zdaje się, że sam Dardziński też ceni je wyżej, niż karierę polityczną za wszelką cenę, skoro towarzyszy Gowinowi na merytorycznym odcinku jego drogi. Gdy Gowin z dumą mówi o sukcesach polskich naukowców w walce z koronawirusem, to mówi także o Dardzińskim. Kiedy powołuje się na opinie analityków i badaczy, to z pewnością w tej grupie jest Dardziński i jego zespół. Pewien współpracownik Gowina, który startował z jego poparciem do samorządu, powiedział mi, że „Dardziński jest dla Gowina niczym Graś dla Tuska, ale sam Gowin uważa, że wybrał znacznie lepiej, niż Tusk”.

Drugą kluczową osobą w otoczeniu Gowina była i jest Jadwiga Emilewicz. Dekadę temu kierowała Muzeum PRL, udzielała się w środowisku Klubu Jagiellońskiego i Ośrodka Myśli Politycznej, wspierała Gowina na ścieżce politycznej (była również członkinią PO). Kiedy Gowin w rozmowach ze swoim młodym politycznym narybkiem wskazywał na wzory do naśladowania, zawsze zaczynał od Emilewicz. To było jego wielkie pragnienie – wprowadzić do wielkiej polityki młodych ludzi, których uważał za inteligentnych, kompetentnych i etosowych, a do których ukształtowania się poczuwał i chętnie przyznawał. Kiedy dziś czytam rozważania o tym, jak się musi czuć Gowin, kiedy w rządzie zastępuje go jego wychowanka, o nożach wbitych w plecy i zdradzie, to nie mam wątpliwości, iż piszący te słowa nic nie wiedzą o Gowinie, kompletnie go nie rozumieją. Jadwigę Emilewicz spotkałem tylko kilka razy, nie miałem okazji porozmawiać z nią dłużej. Spotkałem się z opinią, że pomiędzy nią a Gowinem jest – pośród innych – podobieństwo charakterów.

Emilewicz to jedna z licznych kobiet, które otaczały Gowina. To jest w ogóle bardzo ciekawy wątek z perspektywy czułego socjalisty – kobiety w otoczeniu Gowina. Zawsze było ich dużo – na uczelni, w polityce, w działalności naukowej i publicystycznej. Co ważniejsze – odgrywały istotną rolę. W pewnym okresie istnienia WSE wszystkie ważne, decyzyjne stanowiska na uczelni (poza stanowiskiem rektora) piastowały kobiety. Z mojej perspektywy Gowin zawsze traktował je po partnersku, bardzo liczył się z ich zdaniem, nie ingerował w ich podmiotowość. I to niezależnie od tego, czy miał do czynienia z kanclerką uczelni, kierowniczką biura karier, dziekanką, dyrektorką muzeum, kierowniczką projektu, czy sekretarką. W tzw. codziennym, zwyczajnym kontakcie z kobietami nie widać u Gowina ani grama postaw znamionujących polskich, konserwatywnych „mężów stanu”. Żadnych ostentacyjnych gestów (np. całowania w dłoń), żadnych uprzedmiatawiających słów czy sugestii, żadnych rozważań o roli kobiety, żadnych aluzji. Do kobiet odnosił się dokładnie tak, jak do mężczyzn. Miał wobec nich takie same oczekiwania i tyle samo wyrozumiałości. Odniosłem jednak wrażenie, że z kobietami – z jakiegoś powodu – dogaduje się lepiej, niż z mężczyznami (ta perspektywa nie jest mi obca). Co szczególnie ciekawe, zwracał uwagę na reprezentację kobiet w przedsięwzięciach, które realizował lub do których był zapraszany. Gdy powierzył mi misję kierowania projektem Akademii Służby Publicznej, wskazał wyróżniającą się studentkę zarządzania projektami jako współkoordynatorkę. Gdy planowaliśmy rozmaite panele dyskusyjne, zawsze zwracał uwagę, gdy skład był zbyt męski.

Nie mniejszą wagę przykładał to tego, aby wszelkie gremia panelowe były zrównoważone poglądowo. Na tę cechę Gowina uwagę zwrócił Paweł Śpiewak (cytuję za Tygodnikiem Polityka): „’Znak’ pod jego przewodnictwem był jednym z najciekawszych okresów miesięcznika. Jarek dbał o różnorodność poglądów, w sumie szkoda, że nie został przy tym, tylko zajął się polityką.” W czasie, kiedy zeszły się ścieżki Gowina i moje, dbanie o różnorodność wciąż stanowiło dla niego istotną wartość. Uważał, że kształtowanie etosu możliwe jest tylko w warunkach zrównoważonej wymiany opinii, cywilizowanego sporu, a uczelnia – nawet wyraźnie naznaczona ideowo – jest szczególnym laboratorium takiej wymiany. Oczywiście, zdecydowana większość wykładowców i gości WSE miała wyraźny, konserwatywny przechył. Jednak nie było przyzwolenia na organizowanie dyskusji, podczas których wszyscy się ze sobą zgadzają we wszystkim. Pośród kadr uczelnianych mieliśmy zarówno konserwatystów (np. Arkady Rzegocki, dziś ambasador RP w UK, też człowiek Gowina), ale i osoby o znacznie mniej jednoznacznym profilu światopoglądowym (np. Tadeusz Sławek czy Piotr Sztompka). W doborze zapraszanych gości dla Gowina liczyło się przede wszystkim to, czy dana osoba może realnie poszerzyć zasób kompetencji słuchaczy w danej dziedzinie, dać jakiś istotny punkt odniesienia.

Oczywiście, nie wszystkich gości witał chętnie i z radością, ale potrafił się wznieść ponad osobistą opinię. Dwa przykłady anegdotyczne. Na Akademię Służby Publicznej postanowiliśmy zaprosić Aleksandra Kwaśniewskiego. Gowin zdecydowanie nie przepada za nim. Gdy go o tym poinformowałem, uśmiechnął się z przekąsem, wywinął do góry oczami i odparł, że uważa, iż już lepszy byłby Cimoszewicz, ale niech nam będzie (Kwaśniewski ostatecznie się nie pojawił, miał inne zobowiązania w tym terminie). Trudniejsza rozmowa odbyła się po tym, gdy zgłosił się do mnie – jako przewodniczącego samorządu studenckiego – jeden ze studentów lingwistyki z propozycją, abyśmy na WSE ściągnęli z wykładem Richarda Dawkinsa. Pomysł wydał mi się doskonały, ale wiedziałem, że o zielone światło będzie niezwykle trudno. Poszedłem z pielgrzymką do Gowina. Gdy ten usłyszał o propozycji, spochmurniał niepokojąco. Wymiana zdań była napięta i dość szorstka. Ostatecznie (trochę wkurzony) zgodził się, pod dwoma warunkami. Nie wykład, lecz debata (on miał wskazać adwersarza dla Dawkinsa), a pieniądze na ściągnięcie brytyjskiego etologa mieliśmy zorganizować sami, uczelnia nawet palcem nie kiwnie. Ostatecznie nie zebraliśmy pieniędzy i diabeł nie zawitał do Georgii. Fair enough.

Przez ponad dwa lata obserwowałem Jarosława Gowina z bliska. Na przełomie lat 2011-2012 akcja przyspieszyła. Gowin zorientował się, że musi skupić swoją uwagę na jednej ścieżce i naturalnie może to być tylko ścieżka polityczna. Zrezygnował ze stanowiska na WSE. Ja dalej angażowałem się w realizację kolejnych projektów uczelnianych, choć brakowało mi jego obecności i wsparcia (bardzo dużo i bardzo szybko zmieniło się w funkcjonowaniu uczelni po jego odejściu). Jednocześnie wciąż kręciłem się w pobliżu Gowina polityka, choć coraz wyraźniej dostrzegałem, iż zmieniają się warunki gry, sami gracze i ogólny nastrój. Wokół Gowina atmosfera gęstniała, a dominanta polityczna przesunęła się zdecydowanie w prawo. W tym samym czasie moja wewnętrzna busola wskazywała coraz silniej kierunek na lewo. W połowie roku 2013 przesądzone już było, że nie ma miejsca dla Gowina na pokładzie PO. Po części dlatego, że taką otrzymał informację zwrotną od platformianych elit i aktywu, po części zaś za sprawą jego własnej kalkulacji politycznej. Padła idea uformowania nowego ugrupowania politycznego. 7 grudnia odbyła się konwencja założycielska partii Polska Razem, na której się pojawiłem. Ale obecność moja była przejawem czystej kurtuazji i ciekawości. Parę tygodni wcześniej odbyłem bowiem moją ostatnią poważną rozmowę z Gowinem – najdłuższą, najbardziej intensywną, najważniejszą dla mnie z perspektywy czasu.

Zaczęło się od opieprzu. Tak się złożyło, że będąc w wirze rozmaitych działań wokół uczelni i poza nią, odpuściłem same studia (był to stały motyw mojej młodości). Gowinowi doniesiono o tym fakcie i postanowił skorygować moją postawę. Poza standardowym i łatwym do wyobrażenia pakietem uwag na temat korzyści płynących z wyższego wykształcenia, padły i takie słowa. „Panie Filipie, obaj wiemy, że pod wieloma względami wyróżnia się pan spośród studentów. Ma pan to wszystko, czego wypatruje się u lidera – także politycznego. Byłby to przejaw wielkiej beztroski, a nawet nieodpowiedzialności, gdyby pański rozwój i przyszłość stanęły pod znakiem zapytania przez brak wyższego wykształcenia. W swoim życiu miałem bardzo wielu znajomych, świetnych, mądrych ludzi, którzy zasłużyli się w okresie przemian i byli naturalnymi liderami życia publicznego, a których kariery nie rozwinęły się właśnie z powodu braków w wykształceniu. Co ważniejsze jednak – może przyjść taki dzień, kiedy będzie pan patrzył z zażenowaniem i żalem, że kariery robią byle miernoty, które mają nad panem tylko jedną przewagę – wyższe wykształcenie.” To ostatnie zdanie okazało się prorocze (choć nie spodziewałem się wtedy, że sam Gowin przyłoży rękę do promowania takich miernot). Pozostałe, szczęśliwie dla mnie, niekoniecznie (przynajmniej do momentu, w którym piszę te słowa).

Druga część rozmowy dotyczyła jednak polityki. Gowin złożył mi propozycję mocniejszego zaangażowania w jego nową inicjatywę. Wiedział, iż poglądami różnię się od niego znacząco. Jednak, jak wspomniałem wyżej, ponad poglądy stawiał wtedy inne przymioty. Potrzebował wówczas sprawnych organizatorów, ludzi, za którymi inni gotowi byli pójść we wskazanym kierunku. Potrzebował osób, które nie czekają z założonymi rękami na to, aż ktoś za nich coś zdecyduje. A może po prostu chciał mieć jak najwięcej szabel przy sobie. Tak czy owak – złożył mi propozycję. Odrzuciłem ją. Miałem już wtedy poważny problem z Gowinem. Choć gotów byłem uznać wszelkie różnice między nami jako mniej istotne, w obliczu jego cech osobistych, jako lidera, to miałem bardzo konkretną obawę. Obawę, że Gowin zwącha się z PiSem. A dla mnie to był wówczas Rubikon. Gowin wtedy stał na stanowisku, iż jego rolą jest zbudować formację pomiędzy PO a PiS, pozbawioną wad obu ugrupowań. Wypowiedział wtedy do mnie takie zdanie (niestety, nie mam na to świadków): „Proszę się nie obawiać, nie ma takiej możliwości, abym dołączył do PiSu. Ta formacja jest mi obca nie tylko poglądowo, ale przede wszystkim kulturowo. W praktyce zaprzecza podstawowym wartościom, którym pozostaję wierny. Mogę to panu otwarcie powiedzieć – nie przyłączę się do PiS.” Dwa lata po tej rozmowie Jarosław Gowin został wicepremierem w rządzie Beaty Szydło.

Dlaczego, do ciężkiej cholery? W mojej (nieodosobnionej) opinii środowisko Zjednoczonej Prawicy jest zaprzeczeniem wszystkiego, o czym Gowin twierdził, że jest dla niego ważne. Jeśli dotrwaliście do tego miejsca w niniejszym tekście, wiecie, co mam na myśli. Nie będę się tutaj rozwodził nad kolejnym politycznymi działaniami PiSu, do których Gowin przykładał rękę – to wszyscy znamy. Dla mnie ważne jest właściwie tylko pytanie – dlaczego?

Pewnego wiosennego popołudnia siedziałem w kawiarni w budynku WSE. Dosiadła się do mnie wspomniana już w tym tekście osoba, która pełniła wtedy ważną funkcję na uczelni. Wiele lat współpracowała z Gowinem, utrzymywali również relacje prywatne. Ogólna gadka-szmatka zeszła na Gowina. Na uczelni uchodziłem za gowinowego fanboja, co – nie ukrywam – zupełnie mi wówczas nie przeszkadzało. Osoba owa zagadnęła mnie w tej sprawie, ja wygłosiłem jednym tchem laurkę na cześć rektora. Zareagowała donośnym śmiechem. A potem poczęstowała mnie długą, obfitującą w rozmaite smaczki opowieścią o Gowinie, jakiego nie znałem, nie dostrzegałem. Uważam, że zdecydowana większość zdań, które wówczas usłyszałem, musi pozostać między mną a tą osobą. Jednak naczelna teza tej relacji jest warta upublicznienia, wręcz konieczna. „Absolutnie największą, najważniejszą pasją Gowina jest władza. To wręcz jego obsesja. Przede wszystkim w wymiarze politycznym, ale nie tylko. Wszystko, co robi, wszystkie decyzje, jakie podejmuje, wszelkie działania, za które się bierze, mają nad sobą nadrzędny cel – władzę. Proszę nie mieć żadnych złudzeń, że jest inaczej.” Potem nastąpił szczegółowy wywód, uzasadniający tę tezę. Wywód, którego nie mogłem zlekceważyć. Nie jest niczym dziwnym, że polityk dąży do władzy. Jednak osoba, z którą rozmawiałem wtedy, przedstawiła mi to dążenie Gowina w pełnym spektrum – zawodowym, moralnym i charakterologicznym. Charakterologicznym przede wszystkim. To była fascynująca opowieść, zaskakująco spójna z tym, co widziałem i słyszałem.

Zacząłem wnikliwiej przyglądać się wszystkiemu, co robił Gowin. Niejednokrotnie miałem poczucie, że pewne jego opinie i decyzje są zaskakujące, niespójne. Ten nowy klucz interpretacyjny ułatwił rozumienie takich sytuacji. Ale też sam Gowin – w miarę, jak ciężar jego aktywności przenosił się wyraźniej w stronę wielkiej polityki – coraz częściej i gęściej zdradzał się ze swoim największym pragnieniem.

Podczas opisanego już przeze mnie tutaj spotkania promującego książkę Mistewicza i Karnowskiego, Gowin – gdy spytany, jak widzi swoją rolę w polityce, wobec dominacji Donalda Tuska w jego obozie – wygłosił dość płomienną i natchnioną mowę, w której nakreślił swoją wizję w odniesieniu do Neville’a Chamberlaina, byłego premiera Zjednoczonego Królestwa. Chamberlain był jednym z politycznych idoli Gowina. Imponował mu nie tylko jako archetyp konserwatysty w polityce, ale też jako prawdziwy lider, intelektualista, sprawny negocjator, strateg. Z wypiekami na twarzy opowiadał o tym, jak to Chamberlain rzucał skutecznie wyzwania kolejnym rywalom w swoim obozie. O rywalizacji z Churchillem. Poświęciłem potem trochę czasu, aby zgłębić temat, miałem nadzieję w ten sposób lepiej zrozumieć Gowina. Charakterystyczne, że Chamberlain ostatecznie musiał uznać wyższość Churchilla, także na kartach podręczników do historii. W podobny sposób Gowin uznać musiał wyższość Tuska i usunąć się na bok. Ale nie w cień – dziś rzuca wyzwanie Jarosławowi Kaczyńskiego. Być może teraz to siebie widzi w roli Churchilla?

Żądza władzy, jako wartość nadrzędna. Oczywiście, nie dla samej władzy. Gowin nosi w sobie bardzo głęboko zakorzenione przekonanie, że jego wizja tego, co dobre dla Polski – republikańska, konserwatywna, etosowa, kompetencyjna, liberalna w wymiarze gospodarczym – jest właściwa. A jego dojście do władzy będzie inkarnacją ideału króla-filozofa (w warunkach demokracji parlamentarnej). Patrząc z dystansu na całą drogę polityczną Jarosława Gowina, można dostrzec ten właśnie motor napędowy wydarzeń, jakim jest żądza władzy. Gowin wiele czasu poświęcał na analizowanie aktualnych układów politycznych, możliwego rozwoju wydarzeń, ryzyka z nimi związanego. Jeden z najwyżej cenionych przeze mnie dziennikarzy – Wojciech Szacki – cytuje ostatnio w różnych mediach wypowiedź anonimowego znajomego Gowina, który twierdzi, że ów jest kiepskim strategiem i taktykiem, że nie kieruje nim żadna myśl polityczna. Chociaż ze mnie mały żuczek, to pozwolę sobie nie zgodzić się z tą opinią. To, co wiem o Gowinie, co widziałem i słyszałem, skłania mnie do przeciwnych wniosków.

Gowin i jego środowisko wnikliwie analizują sytuację i planują na kilka ruchów do przodu, z perspektywą co najmniej średnioterminową. Gowinowej drodze politycznej towarzyszy wyraźna mapa drogowa, właśnie w postaci myśli politycznej, podlanej potężną dawką ambicji. Nie jest on Nikodemem Dyzmą, który tylko sprawnie wykorzystuje nadające się okazje. On te sytuacje stara się współkreować. Oczywiście, w interesie wszystkich na scenie politycznej – od dawnych kolegów z PO, przez zawsze niechętną mu Lewicę, po PiS w dniu dzisiejszym – leży odmawianie Gowinowi tych przewag. Paradoksalnie, jest to sytuacja, na której on sam może wiele skorzystać. Zdaje się też, że jest przynajmniej jedno stronnictwo polityczne i jeden lider, który Gowina traktuje poważnie i widzi w nim szansę na zyskanie władzy – mam na myśli PSL i Władysława Kosiniaka-Kamysza, oczywiście. Ale nawet niechętny Gowinowi obserwator może na moment zrobić odejście od obrazu i przyjrzeć się mu z perspektywy. Gowin bardzo dobrze wyczuwa, skąd i dokąd wieje wiatr w danym momencie. Potrafi dobrze ustawić żagiel pod ten wiatr. Niektóre jego decyzje polityczne pozornie wyglądają na nielogiczne. Tymczasem, jak to raczył ująć Galopujący Major, lata lecą, rządy się zmieniają, a Jarosław Gowin wciąż jest ministrem. Co więcej – mało prawdopodobny, ale możliwy jest dziś scenariusz, w którym Gowin zostaje Marszałkiem Sejmu RP, a nawet p.o. prezydenta! Czy to może być tylko przypadek, skutek korzystnego zbiegu okoliczności? Moim zdaniem – nie. To jest efekt wytrwałej, umiejętnej nawigacji kapitana, którego prowadzi bezbrzeżna pasja, niezmierzona potrzeba, potężna ambicja. I żądza władzy.

Zadajecie sobie być może pytanie – dlaczego właściwie czuły socjalista wysmażył taki sążnisty tekst o Gowinie? Czy nie powinien raczej wykorzystać tego czasu i energii na szerzenie czerwonej zarazy, marksizmu kulturowego, socjalistycznej agendy? Dlaczego napisałem ten tekst?

Powodów jest kilka. Jarosław Gowin miał niemały wpływ na mnie w okresie mojego społecznego i politycznego formowania. Był pierwszym politykiem, którego mogłem obserwować z bliska. W niemałym stopniu zawdzięczam mu także sukcesy na drodze zawodowej, bo to właśnie za jego sprawą zainteresowałem się zarządzaniem projektami i ryzykiem, w czym dzisiaj się specjalizuję, czym zarabiam na chleb. Jest on również autorem przemówienia, które jak dotąd najsilniej rezonuje w mojej politycznej postawie.

Tekst ten to także próba ostatecznego domknięcia pewnego etapu, który lata temu urwał się nagle. Odszedłem z WSE w niesławie, wywoławszy nielichą awanturę, dorobiłem się tam na jakiś czas statusu persona non grata. Trochę czasu zajęło mi, zanim wyciągnąłem z tej sytuacji właściwe wnioski. Pisząc ten tekst, korzystam także z okazji do przedstawienia się szerszej publiczności. Znów wkroczyłem w wartki nurt polityki, który może mnie poprowadzić w różnych kierunkach. Każdy, kto w jakiś sposób zwiąże się ze mną na tym szlaku – czy to jako aktywista, czy jako sympatyk, czy jako obserwator – ma praw wiedzieć, co ukształtowało moją polityczną postawę (o poglądach i ich źródłach planuję pisać na niniejszym blogu).

Wreszcie – jest powód najważniejszy. Moja przelotna znajomość z Gowinem i obserwacje w jej trakcie poczynione, prowadzą mnie do istotnego wniosku, który – moim zdaniem – wart jest uspołecznienia. Suma wszystkich osobistych przymiotów, poglądów, postaw, wartości i zasad danego polityka czy polityczki może zostać łatwo zweryfikowana, a nawet zanegowana przez nieokiełznaną żądzę władzy. Gowin, jakiego starałem się Wam opisać w niniejszym tekście, wydaje się nierzeczywisty wobec Gowina, którego obserwujemy obecnie w polityce. Dziś może się on okazać postacią kluczową, do której ustosunkować się przyjdzie każdemu, kto liczy się na scenie politycznej – od prawa do lewa. Istnieje pokusa, aby przywiązać się do tej tylko wizji, w której Gowin jest politykiem bez kręgosłupa, fundamentalistą katolickim, niegodnym zaufania krętaczem, bez wyraźnej politycznej agendy. Sam Gowin walnie się w ostatnich latach przyczynił do takiego swojego obrazu. Ale nie jest to obraz pełny.

Dziś mam innych liderów politycznych, za którymi podążam, którym ufam, których obserwuję. Łączy mnie z nimi znacznie więcej na niwie poglądów o świecie i polityce, niż z Gowinem. Sam też nie jestem już tak młody, jak kiedyś, tak naiwny, tak kategoryczny, tak entuzjastycznie nastawiony do rzeczywistości. Mam przemyślane, ugruntowane poglądy polityczne, ale też i doświadczenie współpracy z rozmaitymi liderami, także w biznesie i w trzecim sektorze. Patrzę więc na tych moich liderów i liderki – zwłaszcza w polityce – innym okiem, niż kiedyś. Widzę ludzi, którzy swoją misję formułują w poczuciu odpowiedzialności za innych, służby, oddania sprawie. Widzę, jak gromadzą wokół siebie współpracowników i wyznaczają kierunki. Jak odnoszą się do siebie nawzajem. Ufam tym ludziom i wierzę, że stać ich na naprawdę wiele. Wiem zarazem, iż coraz większą rolę w ich życiu i postawach odgrywa władza. Staje się ich racjonalnym celem, ale i namiętnością. Mając z tyłu głowy Jarosława Gowina i jego żądzę władzy, chciałbym zrobić wszystko, co w mojej mocy, aby ustrzec ich przed jego błędami.

Ostatni raz spotkałem Jarosława Gowina jakieś dwa lata temu, w sklepie nieopodal jego miejsca zamieszkania. Przywitałem się, ale zauważyłem, że z trudem przychodzi mu przypasowanie twarzy do nazwiska i osoby.

– Nie poznaje mnie pan, ministrze, prawda?

– Proszę wybaczyć, ale przyznaję, że nie.

– Cóż, zdaje się, że i tak nie mielibyśmy dziś o czym ze sobą rozmawiać.

– Hm… szkoda.

Owszem, szkoda, Panie Jarosławie.


Nie byłoby miejsca na ten tekst, gdyby nie Lewicowy Hub. To niesamowita ekipa prawdziwych macherów, którzy robią kolejne, świetne projekty. Rozważcie, proszę, dorzucenie się do przedsięwzięcia tutaj.

Autor: Filip Piotr Skóra

Filip Piotr Skóra - socjalista, związkowiec, członek partii Lewica Razem i stowarzyszenia Akcja Socjalistyczna, menedżer projektów