Kategorie
przedsiębiorczość socjalizm wspólnota

List czułego socjalisty do przedsiębiorców

Jednym z najczęstszych nieporozumień na temat socjalistów jest to, że ponieważ są oni podejrzliwi wobec korporacji międzynarodowych, w jakiś sposób nie lubią przedsiębiorstw.

Siostry i Bracia,

Za każdym razem, gdy Was wspominam, dziękuję za Was społeczeństwu. Wszyscy jesteście obecni w moich rozmyślaniach. Począwszy od dnia, w którym usłyszeliście dobrą nowinę o przedsiębiorczości, aż do dziś, jesteście bowiem wiernymi współpracownikami w głoszeniu jej innym ludziom. Jestem pewien, że duch przedsiębiorczości, który rozpoczął w Was to dobre dzieło, będzie je kontynuował aż do czasu pełnego zaspokojenia Waszych potrzeb.

Tyle w temacie biblijnego zagajenia à la Paweł z Tarsu. Wielu socjalistów pozostałe akapity do Was skierowane sformułowałoby raczej w podobie listu Kozaków zaporoskich do sułtana Mehmeda IV. Nawarstwiło się bowiem złych emocji, uprzedzeń i jawnie wrogich postaw pomiędzy Wami – przedsiębiorcami – a nami – socjalistami, rzecznikami praw mas pracujących. Już prawie dwa wieki okładamy się po łbach oskarżeniami i żalami, a słowa „przedsiębiorca” i „socjalista” stały się synonimami najplugawszych kalumnii w naszych obozach. Trwająca pandemia wirusa obnaża istotę obowiązujących stosunków społecznych i wzmaga te napięcia pomiędzy nami.

A przecież to wszystko bez sensu! Relacja między przedsiębiorcami a socjalistami przesycona jest do granic absurdu nieporozumieniami i przeinaczeniami. Konflikt eskaluje – w warunkach intensyfikującego się kryzysu – a obie strony tylko na nim tracą, co cieszy i umacnia naszych wspólnych wrogów. Zostawiając więc na boku emocje, proponuję dialog, którego zagajeniem ma być ten list. Dajmy sobie szansę na maksymalizację zysków w kontekście wspólnych interesów oraz owych zysków uwspólnienie.

„Jednym z najczęstszych nieporozumień na temat socjalistów jest to, że ponieważ są oni podejrzliwi wobec korporacji międzynarodowych, w jakiś sposób nie lubią przedsiębiorstw.”

Tymi słowami Tony Benn – brytyjski socjalista, polityk Partii Pracy, pisarz, a także rzutki przedsiębiorca – uchwycił sedno naszego konfliktu. Wyjaśniał on, że chociaż my – socjaliści – musimy sprzeciwiać się globalnym korporacjom, które uniezależniają się od swoich klientów, wykorzystują tanią siłę roboczą, unikają podatków, represjonują członków związków zawodowych, nękają małe firmy i mają więcej bogactwa i władzy, niż całe kraje, to jednocześnie jesteśmy powołani do wspierania każdego przedsiębiorstwa, które oferuje użyteczny produkt lub usługę, zapewnia godną pracę i płacę, szanuje kodeks pracy i prawa pracownicze oraz ma swój wkład w dobrobyt społeczeństwa poprzez system podatkowy.

Powszechne jednak wśród socjalistów – i reprezentowanych przez nich mas pracujących – jest wrzucanie wszystkich przedsiębiorców do jednego wora z etykietą „wyzyskiwacze”. Przedsiębiorczość (jako działalność zmierzająca do zysku, poprzez wytwórstwo produktów i usług) oddzielana jest od swojego pierwotnego znaczenia, a zespala się ją ze zbiorem wszelkich patologii w relacji pracodawca – pracownik. Podobny mechanizm zachodzi w przeciwnym kierunku. Wszelkie próby występowania w roli agenta interesu pracowniczego są postrzegane przez ogół przedsiębiorców jako agresywny atak na istotę i sens przedsiębiorczości. Pracownik i pracodawca są identyfikowani jako siły o przeciwnym zwrocie wektora, których niewiele łączy w obszarze motywacji, aspiracji i interesu. Taka optyka ustawia pracownika (oraz sympatyzującego z nim socjalistę) i pracodawcę w ciągłym konflikcie, permanentnej win-lose situation, kiedy to trwa ciągłe przeciąganie liny, a to – jak wiadomo – rozstrzygnąć można tylko poprzez nagą, brutalną przewagę siłową jednej ze stron.

Jest to piramidalne nieporozumienie. I właśnie w jego wielopoziomowej złożoności kryją się istotne fakty, których zakrycie sprzyja narastaniu konfliktu (czyli wszystkim, którym ten konflikt jest na rękę, o nich później). Różnic pomiędzy pracodawcami (przedsiębiorcami), a pracobiorcami (pracownikami) jest – być może – więcej, niż podobieństw, ale to właśnie podobieństwa są kluczowe dla rozwoju wzajemnych relacji.

Po co założyliście swoje firmy? Oczywiście po to, aby dostarczyć na rynek specyficzny produkt lub usługę, odpowiadając na popyt. Ale wszyscy wiemy, iż główną motywacją jest zysk. W hegemonicznej wizji stosunków gospodarczych jedyną zasadnością istnienia przedsiębiorstw jest zysk, jako wypracowany kapitał. Czemu zatem kumulujecie kapitał poprzez działalność gospodarczą? Przede wszystkim dla zaspokojenia podstawowych potrzeb materialnych – wyżywienia, ubrania, dachu nad głową, dostępu do wody czy prądu. W szerszej perspektywie – dla własnego zabezpieczenia. Aby uczynić siebie samych mniej wrażliwymi na czynniki zewnętrzne. Kapitał ułatwia Wam m.in. dostęp do funkcjonalnej ochrony zdrowia czy edukacji, godne życie w okresie ograniczonej zdolności do zarobkowania lub jej braku (wiek senioralny, poważna choroba). Kapitał jest też niezbędny dla pełnego uczestnictwa w życiu społecznym – telefony komórkowe, środki transportu, media i wizyty w miejscach spotkań kosztują.

Czy różni Was to od pracowników? Nie! Oni też podejmują pracę w celu realizacji podstawowych potrzeb życiowych, bezpieczeństwa, życia społecznego. Ich motywacja do tego, aby mieć na chleb, na mieszkanie, na lekarza, szkołę dla dziecka, komórkę czy auto niczym nie różni się od Waszej. To przecież oczywiste.

Wasze przedsiębiorstwa powstają również dla zaspokojenia Waszych aspiracji. Te są dwojakiej natury. Kumulacja kapitału pozwala Wam na zaspakajanie potrzeb za pomocą atrakcyjniejszych dóbr. Do chleba z masłem fajnie jest dodać szynkę, jajko i majonez, a już najlepiej pastę z awokado i odrobinę kawioru. Starego samsunga zamienić na najnowszego ajfona, starą mazdę na najnowszą beemkę, ciasne M-3 w starym bloku na przestronne mieszkanie na nowym osiedlu. Kumulując kapitał, możecie też wyjść poza realizację podstawowych potrzeb – nie tylko mieć fajniejsze rzeczy pierwszej potrzeby, ale też równie fajne rzeczy, które do codziennego funkcjonowania potrzebne nie są. Możecie spełniać marzenia. A to wprowadza nas do drugiego wymiaru – aspiracji społecznych (które socjaliści z uporem maniaków nazywają klasowymi). Kapitał zamieniony na atrakcyjne dobra (niekoniecznie pierwszej potrzeby) czyni bardziej prawdopodobną zmianę Waszego statusu społecznego (lub – gdy ten uznajecie za wysoki – jego utrzymanie). Łatwiejszym staje się bywanie w fajnych miejscach, spotykanie podziwianych przez Was ludzi, przyswajanie istotnego dla Was kodu kulturowego. Nie tylko zatem macie coś, co chcieliście mieć, ale i stajecie się kimś, kim stać się pragnęliście.

Czy widzicie tutaj jakąkolwiek realną różnicę pomiędzy Wami a pracownikami Waszych przedsiębiorstw? Oni również podejmują pracę zarobkową i wchodzą na ścieżkę kariery, aby realizować swoje aspiracje. Te zaś, w swej istocie, nie różnią się niczym od Waszych. Mieć więcej, niż minimum, być kimś. Pracownicy zatem, podobnie jak przedsiębiorcy, dążą do czerpania zysków (także kapitałowych) z tego, co robią. Oczywista oczywistość.

Kiedy czuły socjalista próbuje zwracać Waszą uwagę na te podobieństwa, często słyszy o fundamentalnych różnicach doświadczeń pomiędzy Wami a pracownikami. Realia przedsiębiorców mają jakoby nijak nie przystawać do tych pracowniczych. Wskazujecie – Siostry Przedsiębiorczynie i Bracia Przedsiębiorcy – na wielość procesów,  z których składają się kierowane przez Was przedsięwzięcia, na duże ryzyko towarzyszące rywalizacji rynkowej, na znaczące obciążenia prawne i fiskalne, ograniczające Waszą swobodę i skuteczność, na wyzwania związane z generowaniem kapitału inwestycyjnego, na kosztowną i żmudną kumulację własnych zasobów kompetencyjnych w celu lepszej realizacji przedsięwzięć, wreszcie na szczególny ciężar odpowiedzialności, jaki wiąże się z prowadzeniem przedsiębiorstwa. To wszystko prawda. Lubicie, kiedy inni kiwają głowami z uznaniem i zrozumieniem wobec tych wszystkich Waszych doświadczeń. Macie problem z tymi, którzy zdają się tego nie zauważać, albo – skandal! – nie szanować. Socjaliści natomiast mają problem z Wami, gdy nie dostrzegacie, iż doświadczenia owe nie są tylko Waszym udziałem.

Czym tak naprawdę różnią się Wasze codzienne próby pożenienia w sensowną całość rozmaitych procesów w Waszej firmie od wysiłków pracowników, wykonujących przypisane sobie czynności na swoich stanowiskach? Czy właściwe realizowanie swoich zadań przez księgowego, specjalistkę od utrzymania produkcji, spawacza czy sekretarkę nie polega również na łączeniu w spójne i efektywne działania rozmaitych, często złożonych lub specjalistycznych czynności?

Czym różni się Wasze ryzyko, jakie ponosicie uczestnicząc w grze rynkowej od ryzyka pracownika? Wasze ryzyko zawiera się przede wszystkim w decyzjach, które podejmujecie wobec czynników, na które macie wpływ i w tych czynnikach, na które wpływu nie macie (a często nie jesteście ich w stanie przewidzieć). Pracownik, wykonując swoją pracę należycie, również ryzykuje – dla niego czynnikiem ryzyka jest niewłaściwe wykorzystanie jego pracy przez pracodawcę (poprzez złe decyzje), na które ma bardzo ograniczony wpływ. Nieprzewidywalne czynniki ryzyka, na które nie ma wpływu są dokładnie takie same, jak u przedsiębiorcy – czy trzeba to wyjaśniać w trakcie pandemii?

Narzekacie na ograniczenia prawne i obciążenia fiskalne, narzucone przez państwo. Ale czym to doświadczenie różni się od doświadczenia pracowników, których nie rozpieszczają kolejne reformy prawa pracy i których dochody są w nie mniejszym stopniu obciążone przez rozmaite podatki i daniny? Przecież sami to widzicie w swoich księgach rachunkowych. Głośno krzyczycie o różnicy, którą dopłacacie pracownikowi do pensji brutto, ale pomijacie często zawarte na tych samych paskach wynagrodzeń informacje o tej części uposażenia, którą państwo pobiera od pracownika.

Mówicie głośno o tym, jak trudno jest pozyskać środki na działalność gospodarczą i jak kosztowne są kredyty bankowe. Często ceną za inwestycje jest uzależnienie od banku czy innego podmiotu finansującego. Ale przecież takie samo doświadczenie mają pracownicy, którzy oddają się we władanie bankom, inwestując w poprawę swoich warunków mieszkaniowych i bytowych.

Powiadacie, że aby skutecznie rozwijać swoje biznesy, musicie dużo czasu, pieniędzy i energii poświęcać na dokształcanie się, rozwijanie kompetencji. Czym się w tej materii różnicie od pracowników, którzy dokładnie to samo robią, starając się poprawić swoją sytuację na rynku pracy, zwiększyć atrakcyjność w oczach pracodawców? Ich szkolenia nie są ani tańsze, ani łatwiejsze, ani mniej czasochłonne od Waszych, a wymagają przeważnie podobnych poświęceń.

Dużo i chętnie mówicie o odpowiedzialności, jako tym doświadczeniu, które różnicuje Was od pracowników. Czy naprawdę odpowiedzialność prezesa firmy zajmującej się, dajmy na to, produkcją opraw oświetleniowych jest jakościowo inna od odpowiedzialności szeregowego tokarza? Oczywiście, procesy, za które odpowiada prezes są inne od tych, leżących w gestii tokarza. Często bardziej skomplikowane, z pewnością rozleglejsze. Ale koniec końców, gdy prezesowi udało się „wystawić” ofertę na prestiżowych targach branżowych, to ostateczny sukces przedsięwzięcia (w postaci pozytywnej weryfikacji przez klienta) zależy od tego, czy tokarzowi udało się właściwie wyprofilować oprawę, bez najdrobniejszego choćby feleru.

Temat odpowiedzialności jest generalnie frapujący. Powiadacie – słusznie – że odpowiedzialność za firmę, to odpowiedzialność za pracownika. Dniami i nocami ślęczycie nad sposobami utrzymania firmy na rynku, jej rozwojem, umacnianiem pozycji, co skutkuje przecież zachowaniem, a nawet zwiększaniem ilości miejsc pracy. Sprowadzacie tym samym – bywa, że nieświadomie – odpowiedzialność za pracownika do odpowiedzialności za utrzymanie jego miejsca pracy. Za wszelką cenę, którą często w znacznym stopniu przerzucacie na tego pracownika właśnie – za pomocą struktury płacowej, formy zatrudnienia, zakresu obowiązków. Socjaliści tym się różnią od heroldów interesu pracodawców, że odpowiedzialność za pracownika definiują znacznie szerzej – w kontekście godnej płacy, stabilnych warunków zatrudnienia, adekwatnego przypisania obowiązków i pakietów prac, poszanowania praw pracowniczych, uwzględnienia komfortu pracownika w realizacji jego zadań, szacunku dla jego prywatności i czasu wolnego.

Wspólne dla przedsiębiorców i pracowników jest też doświadczenie dojmujące słabości wobec hegemona. W warunkach gry rynkowej takimi hegemonami są korporacje, rozmaici „narodowi czempioni” i potężne holdingi. Zarówno firmy z sektora MŚP, jak i duże przedsiębiorstwa, stoją w praktyce na przegranej pozycji w rywalizacji z hegemonami. Jeśli interesy mniejszego biznesu przetną się z interesami biznesu wielkiego, jedynym realnym scenariuszem jest kapitulacja – otwartą pozostaje kwestia jej formy (inkorporacja, podwykonawstwo, przebranżowienie lub #wyPAD z rynku). Analogicznie – dla pracownika hegemonem jest pracodawca (zwłaszcza w warunkach polskich). Od pracodawcy bardziej, niż od samego pracownika zależy być albo nie być tego drugiego. Owszem, większe kompetencje i specjalizacja pomagają uniknąć scenariusza wypadnięcia z rynku, ale nie ograniczają w istotny sposób wasalizacji pracownika przy hegemonie-suwerenie.

Czy jest lepsza okazja, aby wskazać wspólnotę doświadczeń przedsiębiorców i pracowników, niż pandemia wirusa i spowodowany przez nią kryzys gospodarczy? Dziś zdecydowana większość z Was, Przedsiębiorczynie i Przedsiębiorcy, nie ma bladego pojęcia, co przyniesie jutro. Przeszywa Was niepewność i obawa o los waszych biznesów. Kiedy skończy się pandemia? Kiedy zniosą ograniczenia? Czy branża się odbije? Czy klienci wrócą? Na jakich zasadach i w jakich warunkach? Czy firma przetrwa ten miesiąc? Następny? Kwartał?

W końcu możecie poczuć to, co wielu pracowników czuje na co dzień, niezależnie od kryzysu. Czy moje stanowisko zostanie zachowane? Czy moja umowa śmieciowa zostanie uszanowana? Czy szef wypłaci wypracowaną premię? Czy będzie na obiecane podwyżki? Czy utrzymam robotę? A jeśli nie, to czy znajdę nową?

Kryzys pandemiczny uwspólnia jeszcze jedno doświadczenie – relacji z państwem, jako domyślnym ośrodkiem interwencji kryzysowej. Wasze niezadowolenie z nieadekwatnej i nierychliwej pomocy państwa w trudnej dla Was sytuacji nie różni się w warstwie emocjonalnej od niezadowolenia pracowników, którzy nie mogą liczyć na sensowne postojowe, o zasiłkach dla osób tracących pracę nie wspominając.

Wspólnota doświadczeń – podobnie jak motywacji i aspiracji – przedsiębiorców i pracowników jest rzeczywista. A jednak dla zbyt wielu po obu stronach nieoczywista. Przyczyną tego stanu rzeczy jest utrwalanie – solidarnie przez kapitalistów i socjalistów – rozmaitych mitów na temat pozornie antagonistycznych grup przedsiębiorców i pracowników. Elementarna wiedza z zakresu marketingu i PR wskazuje, iż mity sprzedają się znacznie lepiej, niż fakty, jako bezgranicznie pojemne, plastyczne i swobodnie interpretowalne.

Jednymi z najpowszechniejszych mitów są te, w których każdy przedsiębiorca to krwiopijca, a każdy pracownik to cwaniak i obibok. Wy, ludzie biznesu, słusznie oburzacie się, gdy socjaliści zdają się nie dostrzegać wśród przedsiębiorców innych archetypów, niż skrajnie negatywne. My, socjaliści, pultamy się, gdy lenistwo i nieuczciwość pracowników sugerowana jest jako postawa powszechna i domyślna.

Socjaliści lubią przedstawiać przedsiębiorców jako tych, dla których zysk zawsze i w każdych okolicznościach jest ważniejszy, niż dobrostan pracowników, klientów i środowiska. Tymczasem jest multum przykładów przeciwnych. Ilekroć pojawiają się w dyskursie, wietrzymy spisek i doszukujemy się rys na ich obliczu.

Wy, przedsiębiorcy, właściwie bezrefleksyjnie uznajecie socjalistów za zamachowców na Wasze prawo do własności prywatnej, realizowane poprzez działalność nakierowaną na zysk. Oczywiście, socjaliści nie są tu bez winy. Historyczne skojarzenia z socjalizmem są dość jednoznaczne, zwłaszcza w tej części świata. Czas jednak płynie, myśl socjalistyczna rozwija się i aktualizuje, a też i jej warstwa historyczna nie jest tak oczywista, jak lubią to przedstawiać wrogowie socjalistycznej idei. Wielu socjalistów gotowych jest uznać zysk, jako główny motyw kierujący przedsiębiorcami, pod warunkiem uznania społecznej kontroli nad owym zyskiem.

Czym owa kontrola miałaby się przejawiać? A choćby nieustannym i uporczywym zadawaniem następujących pytań: kto zarządza przedsięwzięciem? w czyim interesie? w jaki sposób te osoby można pociągnąć do odpowiedzialności za ewentualne negatywne skutki działalności? jaki dane przedsięwzięcie ma wpływ na otoczenie społeczne, postawy konsumenckie i środowisko naturalne? jakie są realne i dokładne koszty danego przedsięwzięcia (także koszty społeczne)? czy oferowane produkty i usługi są użyteczne i dla kogo? jak przedsiębiorca traktuje pracowników? jaka jest jego relacja z państwem? czy uznaje rolę państwa i społeczeństwa we własnym sukcesie?

To są przecież w zasadzie te same pytania, które przedsiębiorcy zadają politykom. Pojęcie społecznej kontroli nad zyskami nie oznacza dziś gospodarki centralnie planowanej, bez własności prywatnej i dynamiki rynkowej. Tak, jak uspołecznienie środków produkcji nie oznacza oddania ich w ręce jednej partii, jednego ośrodka dyspozycji politycznej i gospodarczej. Kontrola społeczna odbywa się dziś poprzez instytucje państwowe, samorządowe, pozarządowe, korporacyjne (w tym związki zawodowe) i spółdzielcze. Kontestowanie idei kapitalizmu nie polega zaś na zanegowaniu zysku jako takiego, ale wskazaniu patologii systemu, w którym udział w zysku jest dostępny dla nielicznych i na nierównych zasadach.

My, socjaliści – mniej lub bardziej czuli – walczymy dziś o sprawiedliwość społeczną, zdefiniowaną według aktualnej wiedzy o świecie, przepastnego zasobu doświadczeń (zwłaszcza mrocznych, także po naszej stronie) i wyzwań współczesności. Ta walka to w dużym stopniu dekonstruowanie kolejnych mitów – o relacjach społecznych, reżimie ekonomicznym, funkcjonowaniu klas i społeczeństw, środowisku naturalnym. W tym – także o przedsiębiorcach i pracownikach. To także próba dookreślenia i wyjaśnienia kontekstu, który Peter Sloterdijk nazywa bardzo trafnie psychospołecznym. Trudna rola – być lustrem dla kolejnych grup społecznych. Gdy widok w takim lustrze nie odpowiada wyobrażeniom patrzących, zachodzi pokusa, aby je stłuc. A przecież po to właśnie jest lustro, aby zobaczyć stan faktyczny i dokonać ewentualnej jego korekty.

I tak obrażacie się na nas – Wy, Przedsiębiorczynie i Przedsiębiorcy – kiedy wytykamy Wam błędy, także percepcyjne. Twierdzicie na przykład, że to Wy utrzymujecie państwo i napędzacie gospodarkę, a my odpowiadamy, że to nieprawda. CIT to około 12% przychodów podatkowych państwa, PIT powyżej 15%, a największy udział w przychodach mają VAT (46%) i akcyza (ponad 26%). To są twarde dane (polecam ich opracowanie). Konsumpcja to mniej więcej połowa struktury polskiego PKB. Nasz fiskus donosi zaś, że żyjemy w realiach podatkowego lejka, co w praktyce oznacza, iż państwo utrzymują najmniej zarabiający. W przytłaczającej większości są to pracownicy.

Mówicie, iż jest Was w Polsce ponad dwa miliony, w związku z czym domagacie się respektowania Waszych praw i przywilejów, my odpowiadamy, że pracowników jest szesnaście i pół miliona, oni też mają swoje prawa i tak samo zasługują na przywileje.

Lubicie podkreślać własną pomysłowość, która stoi u podstaw Waszej przedsiębiorczości. I wkurza Was, kiedy wskazujemy, że owa pomysłowość jest w przeważającej ilości przypadków odtwórcza, jest naśladownictwem lub zwyczajnym skorzystaniem z nadarzającej się okazji. Że nie macie błysku Muska, fasonu Bransona, pejcza Gatesa, a Jobs jest tylko rubryką w Waszych folderach inwestycyjnych. Słowem, nie jesteście genialnymi wizjonerami biznesu. Nie słuchacie już, gdy dodajemy, że to nic złego i w żaden sposób nie urąga Waszej działalności. Tak, jak nie urąga pracownikowi, że jego praca przeważnie nie jest ani odkrywcza, ani przełomowa, ani pasjonująca. Grunt, aby była potrzebna.

Ładnie tu widać inną rzecz, wiążącą się z aspiracjami. Własne biznesowe aspiracje mierzycie miarą największych success stories, często lekceważąc fakt, iż istotą tych historii jest właśnie ich incydentalność. Wielkie biznesy – jak wielkie odkrycia naukowe – stają się udziałem nielicznych na przestrzeni wieków. Podskórnie zdajecie sobie z tego sprawę, ale wolicie pozycjonować się wobec tych równie atrakcyjnych, co abstrakcyjnych wzorców. Tym samym odrzucacie sojuszników w socjalistach, chcących przywrócić Waszej realnej działalności należny szacunek. Nie poprzez skalę unikalności i przełomowości, lecz skalę użyteczności i dostępności.

Niezawodnym wyzwalaczem emocji pomiędzy przedsiębiorcami a socjalistami jest słowo „zaradność”. To we własnej zaradności upatrujecie jednej z kluczowych swoich przewag. Uważacie, iż to zaradności zawdzięczacie sukcesy swoich firm. I krzywicie się z niesmakiem, gdy socjaliści wytykają, że często ta zaradność nie polega na wynajdywaniu nowych produktów, usług, rynków zbytu czy metod produkcji, lecz na cięciu płac i redukowaniu świadczeń pracowniczych dla zbilansowania ksiąg. Że ten zysk, którym się chwalicie, często nie jest wartością dodaną do produktu i usługi, lecz wartością odjętą pracownikowi. Wtedy to w socjalistycznych ustach słowo „zysk” zamienia się w „wyzysk”.

Szczególnie drażni Was, gdy socjaliści podkreślają istotną rolę państwa w kształtowaniu relacji społecznych i ekonomicznych. Państwo Was przecież co najmniej ogranicza i obciąża, a przeważnie represjonuje i łupi. Nie po to prowadzicie biznesy i ponosicie za nie odpowiedzialność, aby dzielić się jej owocami w nadmiernym – Waszym zdaniem – stopniu. O zgrozo, z Waszej krwawicy wypłacane są m.in. zasiłki i programy redystrybucyjne, trafiające przeważnie do ludzi zdecydowanie mniej zaradnych, mniej sprawnych i wykwalifikowanych, mniej odważnych, a często po prostu do nierobów i kanalii, patologii, z którą nie chcecie mieć nic wspólnego.

Bardzo nie lubicie, kiedy odpowiadamy Wam, iż to jest sprawiedliwy obieg zysków. Kiedy wskazujemy palcami na infrastrukturę transportową, szkoły i uczelnie, ochronę zdrowia, aparat bezpieczeństwa publicznego, usługi komunalne, publiczne podmioty rynkowe, sądy, podmioty interwencyjnego skupu towarów i wiele, wiele innych. A wskazujemy je jako rzeczy niezbędne do tego, aby Wasze przedsiębiorstwa mogły funkcjonować, pracownicy kształcić się i przygotowywać do pracy dla Was, aby Wasze towary i usługi mogły docierać do klientów. To wszystko, by działać, potrzebuje środków – jak firma. Składamy się na to wszyscy – przedsiębiorcy i pracownicy – dzieląc ciężar utrzymania dóbr, z których wspólnie korzystamy. Gdy wskazujemy, iż ciężar ten nie jest rozłożony równomiernie w stosunku do możliwości, wywracacie oczami. Także wtedy, gdy zauważamy, iż wśród Was również funkcjonuje to zróżnicowanie, a najwięksi oddają relatywnie najmniej. Dlaczego ktokolwiek śmie w ogóle obciążać przedsiębiorców?!

Zbywacie pogardliwymi gestami uwagi o tym, jak wielu z Was ucieka przed opodatkowaniem do rajów podatkowych. Uznajecie to za przejaw wspomnianej wcześniej zaradności, tym razem w starciu z „opresyjnym państwem”. Nie raczycie jednak wytłumaczyć nam, socjalistom, dlaczego w takim przypadku oczekujecie czegokolwiek od państwa (np. zapomogi kryzysowej), na terenie którego realizujecie działalność.

Szczególnie osobliwe bywają Wasze reakcje dziś – w trakcie tzw. koronakryzysu. Przez całe lata, w przekonaniu o własnej wyjątkowości, często z pogardą odnosiliście się do tych, którzy zwracają się do państwa z prośbą o zasiłek, wsparcie na rynku pracy, 500+ czy inne świadczenia. To przecież nieudacznicy i roszczeniowcy, zweryfikowani przez niewidzialną rękę rynku. Tymczasem Was zweryfikowała niewidzialna ręka wirusa. I nie macie teraz oporów, aby zwracać się do państwa o pomoc. Ba! Żądacie jej! Wsparcie dla Was uważacie za obowiązek państwa. Niektórzy z Was gotowi są posunąć się do protestów, a nawet agresji w egzekwowaniu tego obowiązku. W większości zapewne nie uznajecie takiej postawy u siebie jako świadczącej o Waszej słabości, niezaradności, nieużyteczności społecznej.

I słusznie. Socjaliści od dekad, wieków nawet, próbują wytłumaczyć Wam, że to coś całkiem normalnego. Zarówno przedsiębiorcy, jak pracownicy funkcjonują w równym stopniu dzięki państwu i społeczeństwu, co własnym zasługom. I jedni i drudzy zatem mają wobec państwa i społeczeństwa obowiązki. Ale też państwo i społeczeństwo ma swoje obowiązki wobec jednych i drugich, których realizacji należy się głośno domagać. Aby jednak państwo mogło sprawnie wypełniać swoją rolę, musi posiadać do tego środki – zasoby zarówno materialne, jak i instytucjonalne. I tu wracamy do uwag o wspólnym, solidarnym zrzucaniu się na owo państwo. W interesie wszystkich grup społecznych – także pracowników i przedsiębiorców – jest sprawnie działające państwo. Co najmniej takie, które nie zostawi ich samych w kryzysie. I tu docieramy do sedna mojego listu do Was – Drogie, Drodzy – do wspólnoty interesów.

Najdalej nawet idąca zbieżność motywacji, aspiracji i doświadczeń, wzmocniona dekonstrukcją szkodliwych mitów, nie wystarcza do tego, aby zawiązać wspólnotę. W biznesie (i polityce) znana jest ta maksyma, wedle której nie ma większej wspólnoty, niż wspólnota interesów. Na silną więź szansa jest dopiero wtedy, gdy są wspólne interesy. Czy zatem przedsiębiorcy i socjaliści (jako emisariusze pracowników) mają jakiekolwiek wspólne interesy?

„Co też pan, panie?” – zareagujecie zapewne. I wskażecie, że socjalistyczne pomysły takie, jak większa pensja minimalna, wyższy poziom uzwiązkowienia czy skrócenie czasu pracy stoją w jawnej sprzeczności z interesami przedsiębiorców. „Ludzie, no co wy?” – odpowie czuły socjalista. To są kolejne mity. Socjaliści, wbrew opinii marudów ze sFORmatowanymi mózgami, bardzo dobrze potrafią liczyć. Nauczyliśmy się tego m.in. w trakcie obliczania zwiększających się nierówności społecznych. Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że firma, aby działać, potrzebuje płynności i kosztów zrównoważonych w stosunku do zysków.

Liberałowie, uwodzący Wasze serca wizją niskich składek, niskich podatków, niskich świadczeń i sprawnie działającego w oparciu o to wszystko państwa, przekonują Was, że zatrudniając za mniej („optymalizując koszty”), możecie zarobić więcej i – ewentualnie – zatrudniać więcej. Niewiele mówią natomiast o czymś takim, jak wydajność pracy. Międzynarodowa Organizacja Pracy przeprowadziła w tej materii ciekawe badanie, wnioski z którego mogą Was zaskoczyć. Wzrost płacy minimalnej wpływa na wydajność pracy nie tylko na poziomie przedsiębiorstwa, ale i w skali makro. Dla socjalistów ważne też jest, iż płaca minimalna na odpowiednim poziomie dość szybko weryfikuje przedsiębiorstwa pod względem ich realnej wartości i roli na rynku (dobrze opłacani specjaliści tworzą produkty i usługi, na które jest popyt). A przecież takiej weryfikacji się nie obawiacie, prawda? Czy większa wydajność pracy nie leży w Waszym interesie? Czy nie leży w interesie pracowników? Czy nie leży w interesie klientów?

Jojczycie na związki, że – odlaboga – mieszają się do Waszych spraw, utrudniają relacje pomiędzy pracownikiem a pracodawcą, robią afery, gotowe są na wszelką obstrukcję. Zadajmy sobie zatem wspólnie pytanie – kiedy i dlaczego związki zawodowe robią awantury? Czy dlatego, że firma radzi sobie za dobrze? Czy dlatego, że generuje zysk, a związkowcy nie mogą tego zdzierżyć? Czy też może wtedy, gdy pracownicy dostają na czas obiecane premie i świadczenia, a roszczeniowi związkowcy chcą więcej i więcej? Bzdury. Krytykując związki za każdym razem przemilczacie fakt, iż ich jedynym realnym polem działania jest prawodawstwo danego kraju w zakresie stosunków pracy. Jeśli zatem związki robią kipisz, to znaczy, że coś jest nie tak w temacie realizacji praw pracowniczych po stronie pracodawcy. Nie byłoby związkowych dymów, gdyby nie ogień wzniecony przez pracodawcę. Tymczasem związki mają niemałe pole do popisu w działaniu także w interesie pracodawcy. Nie tylko nakręcają atmosferę, ale pełnią również rolę w jej tonowaniu. Często przejmują rolę pracodawcy w organizowaniu uzupełniającej edukacji dla pracowników. Obecnym trendem związkowym jest upowszechnianie najlepszych praktyk zarządzania ludźmi i zespołami, oferta ta skierowana jest przede wszystkim do pracodawców. Związki pełnią też rolę w organizowaniu czasu wolnego pracowników, zwłaszcza w sektorach bardziej zindustrializowanych i opartych na pracy fizycznej.

Trwająca pandemia znów dostarcza najlepszego przykładu wspólnego interesu przedsiębiorców i socjalistów, a jest nim postojowe. Postojowe gwarantowane przez państwo jest korzystne tak dla pracodawcy, jak pracownika. Podobnie jak państwowe subsydiowanie w kryzysie składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne. Aby jednak państwo mogło w ten sposób wspierać pracodawców i pracowników, potrzebuje środków. I tu wracam do rozważań o solidarnym zrzucaniu się wszystkich interesariuszy państwa. Czy takie państwo, zasobne w środki, które uruchamia w czasie kryzysów nie leży w interesie obu naszych grup? My pomożemy Wam zawalczyć o właściwy poziom tych subsudiów, wy pomóżcie nam zawalczyć o właściwy poziom środków w państwowych rezerwach (chociażby poprzez urealnienie struktury podatkowej). To samo dotyczy usług publicznych, infrastruktury i ochrony zdrowia, z których wszyscy korzystamy, nawet jeśli trudno przychodzi się nam do tego przyznać.

Nasze interesy są zbieżne w naprawdę wielu punktach. Ale prawdziwa wspólnota ujawni się wtedy, gdy rozpoznamy i przyswoimy jeszcze jedną kwestię, kluczową i kardynalną – czyje to interesy są sprzeczne z naszymi? W czyim interesie leży, aby przedsiębiorcy i socjaliści nigdy się nie dogadali? Aby byli wrogami, zwartymi w wyniszczającym uścisku? Komu zależy na animowaniu mitów na nasz temat, utrwalaniu uprzedzeń, ukrywaniu najbardziej oczywistych faktów? Mówiąc językiem Waszej codzienności – kto czerpie największe zyski z naszej wzajemnej niechęci?

Według szacunków wyspecjalizowanych organizacji trzeciego sektora 1% ludzkości dysponuje 50% wszystkich zasobów, w tym kapitałowych. W tym procencie nie ma, niestety, 99,99% z Was, Przedsiębiorczy Bracia i Siostry. Nie ma też 100% pracowników. Owo ścisłe, ekstremalnie wąskie grono istot (podobno) ludzkich to tzw. najbogatsi. Bogole. Wielki Biznes. Elita elit. „Ocho, zaczyna się” – pomyślicie – „będzie szkalował ludzi prawdziwego sukcesu”. A owszem, będę. Ale przede wszystkim spróbuję wykazać, iż nie mają oni i nie chcą mieć z Wami nic wspólnego.

Zdecydowana większość z Was, prowadząc działalność gospodarczą, wytwarza konkretny produkt lub dostarcza konkretną usługę. Ogólnie – wytwarzacie dobro. Dobro czyli coś, co jest potrzebne gospodarce i konsumentom, na co jest zapotrzebowanie i popyt. Od tego, jak owo dobro przyjęte jest przez rynek (konsumenta) zależy przyrost Waszego zysku (kapitału). Ponieważ jesteście bezustannie weryfikowani przez rynek, toteż staracie się, aby wytwarzane przez Was dobra były adekwatne do popytu. Sam obrót kapitałem jest jedynie elementem wspierającym wytwórstwo i zbycie dóbr. Różnice między Wami są w tym względzie ilościowe – mikro, mali, średni i duzi – wytwarzacie tę samą jakość (dobro), tylko w różnych ilościach. Ilościowo też zróżnicowane są Wasze zyski. Jakiekolwiek jednak dobro wytwarzacie, jesteście w stanie wskazać kogoś poza Wami, kto czerpie z tego korzyści (konsumenta, którego zapotrzebowanie zaspokajacie).

Jesteście w tym podobni do pracowników. Ich praca (domyślnie wynikająca z ich kompetencji) polega na wytwarzaniu dóbr w ramach większej całości, jaką stanowi przedsiębiorstwo. Wydajna praca na tym właśnie polega, iż jesteśmy w stanie wskazać dobro, które powstaje w jej wyniku (w określonym czasie i zasobach).

Tymczasem najbogatsi – tak ich tutaj będę określał – zajmują się wytwarzaniem innego jakościowo dobra, niż Wy – kapitału. Kapitał nie jest dla nich efektem działalności gospodarczej, polegającej na wytwarzaniu dóbr użytecznych z perspektywy społeczności, lecz jest dobrem samym w sobie. Generują kapitał za pomocą niego samego. Przy użyciu narzędzi takich, jak giełda, fundusze inwestycyjne czy instrumenty finansowe, uczynili z kapitału produkt sam w sobie. Produkt (dobro), którego oni mają coraz więcej, a my – przedsiębiorcy i pracownicy – coraz mniej. Przyrost ich kapitału uniezależnił się od wytwórstwa konkretnych dóbr przez firmy, uzależnione od ich kapitału i ich reguł gry. Jeśli spadnie popyt na jeden wytwór, łatwo zastępują je innym. Nie ma to dla nich żadnego znaczenia. Liczy się tylko renta od kapitału. W tym sensie różnią się oni od Was – Przedsiębiorczynie i Przedsiębiorcy – jakościowo. Ilość kapitału przez nich zakumulowanego osiągnęła punkt krytyczny, w którym przekształciła ów kapitał w nową jakość, wedle której kapitał jest uzasadnieniem dla samego siebie. W tym sensie, o ponury paradoksie, najbogatsi najpełniej realizują założenia marksistowskiego materializmu dialektycznego.

Na tym zasadza się współczesna krytyka kapitalizmu z pozycji socjalistycznych. Nie mamy problemu z zyskiem i kapitałem jako takimi. Rozumiemy, iż mieszczą się one w zakresie naturalnych motywacji i pragnień ludzkich. To, co budzi nasz radykalny sprzeciw i na co próbujemy zwrócić Waszą uwagę, to oddzielenie i uniezależnienie kapitału od realnych, użytecznych wytworów, których powinien być ekwiwalentem. Sytuacja ta sprzyja tylko najbogatszym i generuje następstwa, których efektem jest ciągłe zwiększanie się dystansu pomiędzy nimi a resztą. Czyni też praktycznie nieprzekraczalnymi bariery wejścia do tej elity elit. Także dla Was, Przedsiębiorcy i Przedsiębiorczynie.

Myśląc o najbogatszych, często widzicie ich sukces jako możliwe ukoronowanie Waszej ciernistej drogi. Ale to mrzonka! Wejście do owego jednego procenta najbogatszych jest możliwe właściwie tylko przypadkiem i tylko za przyzwoleniem owych elit, które uzyskać można jedynie poprzez bezwzględne podporządkowanie się narzuconemu przez nich porządkowi spraw. Jedyna zasługa, jaka pozwala zawalczyć o ten niezwykle mało prawdopodobny awans, to całkowite podporządkowanie tym na górze. Ale jeśli się komuś całkowicie podporządkujecie, to czemu ten ktoś miałby pozwolić Wam być równymi sobie?

Jeśli wydaje się Wam, że możecie być jak Zuckerberg i zrobić swojego Facebooka, który wystrzeli Was do tego jednego procenta, to zachęcam – otwórzcie oczy. Ile takich Facebooków powstało? A ile prób podjęto? I czym jest dzisiaj Facebook, jak nie bezwzględnym narzędziem podporządkowania mas przedsiębiorczych jednoprocentowej elicie? Nie jesteście w stanie prowadzić skutecznej działalności gospodarczej, bez jego usługi. A za usługi płacicie – nie tylko pieniędzmi, ale przede wszystkim danymi. Te dane służą zaś temu, aby na wytwarzanych przez Was dobrach ktoś inny mógł zbić kapitał, a potem go wielokrotnie pomnożyć poprzez obrót. Czy dzieli się z Wami zyskami z tego obrotu?

W swoim zapatrzeniu w najbogatszych jesteście równie naiwni, jak pracownicy, którzy zapatrzeni są w powszechnie znanych i uznanych menedżerów najwyższego szczebla wielkiego biznesu. Nie rozumieją oni, że owi menedżerowie nie dlatego są tam, gdzie są, że mają wyjątkowe kompetencje i umiejętności (choć tych, oczywiście, im przeważnie nie brakuje). Są tam, gdyż najlepiej i najskuteczniej wypełniają rolę cerberów, karbowych, dyscyplinujących całe silosy ludzkie i pilnujących muru, jaki oddziela najbogatszych od reszty. Są w tym podobni do owych osławionych „ragazzi mafiusi”, którzy z fantazją i bezwzględnością pilnowali rolników i rzemieślników w latyfundiach sycylijskich panów.

System, który my – socjaliści – tak żarliwie krytykujemy polega właśnie na tym, aby jeden procent najbogatszych miał coraz więcej i wciąż pozostawał jednym procentem. Brutalna dominacja wielkiego biznesu wobec Was, przedsiębiorców, jest istotą opresji, bez której tego systemu nie dałoby się utrzymać. Wy zawsze przegracie z najbogatszymi, bo oni zawsze zasypią Was kapitałem – niezależnym od produkcji, autotelicznym, samowystarczalnym. Przygnieceni tym ciężarem stajecie się ofiarami, z których najbogatsi wysysają zyski. Wolny rynek staje się aberracją samego siebie – istnieje po to, aby sankcjonować faktyczne pozbawienie wolności tych, którzy zależni są od najbogatszych i ich woli.

Interesu najbogatszych – obok wielkiego biznesu – pilnują politycy. Nic w tym dziwnego – państwa i instytucje międzynarodowe zarządzane przez polityków często ustępują kapitałem i wynikającą z niego siłą owemu jednemu procentowi. Politycy, aby skutecznie i trwale zarządzać masami obywatelskimi, potrzebują tego kapitału. Są żądni władzy, a czym innym, jak nie esencją władzy jest suwerenny, autonomiczny kapitał? Politykom imponują też – jak Wam – wszystkie przywileje, jakimi cieszą się najbogatsi. Chętnie więc przyjmują kapitał, w zamian oferując kolejne narzędzia utrwalania tego porządku – aparat przymusu państwowego, prawodawstwo, instytucje regulujące stosunki społeczne.

We wspólnym interesie najbogatszych i polityków jest utrwalać i umacniać ten ład, w którym korzystają oni, a tracimy my wszyscy – przedsiębiorcy i pracownicy. W ich interesie jest napuszczać nas na siebie, utrzymywać we wzajemnej wrogości, przekonaniu o wykluczających się celach i motywacjach, które nam przyświecają. W ich interesie jest utrzymywać nas wszystkich w permanentnym niedoborze lub wręcz głodzie, bo głodny nie myśl o niczym innym, jak owego głodu zaspokojenie, także kosztem innych. Człowiek – przedsiębiorczyni i pracownik –nie mający poczucia bezpieczeństwa, trwający w ciągłej niepewności i nieustającej rywalizacji, nie dostrzega szerszej perspektywy. Najbogatszym i politykom o to właśnie chodzi. Dlaczego? Żebyśmy nie pamiętali, iż jest ich tylko jeden procent.

Naprawdę nie macie problemu z tą dysproporcją? Przypomnę – jeden procent ludzi posiada ponad połowę zasobów. Samemu nie produkując nic. Wyobraźcie sobie, co byłoby, gdybyśmy zwarli szyki. Wy, ludzie przedsiębiorczości i my, ludzie pracy. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent (99%!) ludzkości przeciwko nim. Co mogłoby się stać, gdybyśmy uwolnili siebie z duszącego uścisku najbogatszych? Gdybyśmy uwolnili ich kapitał?

Przecież kapitał ów nie wyparowałby. Skumulowana w jego masie energia stałaby się ogólnodostępna. Konkurencja przestałaby być mordercza, bo tortu starczałoby dla każdego. Koszty wynagrodzeń nie byłyby kulami u nóg przedsiębiorców, bo rynek oferowałby większe zyski. Państwo zasilone tym kapitałem, oferowałoby sprawniejsze i bardziej adekwatne do potrzeb społecznych usługi publiczne. Korzystanie z nich odciążyłoby kieszenie wszystkich obywateli – przedsiębiorców i pracowników – zwiększając tym samym zyski z ich działalności. Zyski, które obywatele mogliby inwestować w zaspokajanie swoich potrzeb, realizowanie aspiracji, zabezpieczanie przyszłości. To uczyniłoby ich mniej wrażliwymi na czynniki zewnętrzne, w tym losowe.

Powiecie zapewne, że to utopia. Powiecie tak, bo jesteście w mocy wirusa. Tym wirusem jest kapitalizm. Kusząc wizją życia wolnego i luksusowego, wnika do Waszych umysłów i zaraża je ideologią indywidualizmu, konsumpcjonizmu, nieograniczonego zysku za wszelką cenę. Kiedy już rozpanoszy się Was tak, iż nie macie nad nim kontroli, utwierdza Was w przekonaniu, że inna rzeczywistość nie jest możliwa – nawet teoretycznie. Programuje w Was jednotorowe wnioskowanie i dogmatyczną dialektykę. A potem – dzięki Waszym nieuchronnym kontaktom z innymi ludźmi – przenosi się na innych żywicieli. I tak się właśnie rozwija światowa pandemia kapitalizmu. Gdy zaś ktoś sugeruje Wam, że nosicie w sobie chorobę, gotowiście go zlinczować. Gdy proponuje szczepionkę, strzelacie focha i odpowiadacie, że przecież szczepionki powodują autyzm (komunizm, totalitaryzm, Wenezuelę, etc.).

A najbogatsi się cieszą. Wszystko zostaje po staremu, a dokładniej – po ichniemu. Bardzo chcę, aby było inaczej. I wiem to, po prostu wiem, że bez Was – Siostry Przedsiębiorczynie i Bracia Przedsiębiorcy – nic się nie zmieni. Że nasz konflikt będzie wyniszczał nas bardziej i bardziej, a wraz z nami planetę, na której żyjemy. List niniejszy zapewne nie wpłynie na Wasze myślenie o wzajemnych relacjach. Jeśli jednak choć jedną lub jednego z Was otworzy on na dialog z nami, socjalistami, pozwoli zrewidować wszelkie mity i uprzedzenia, okaże się wart napisania.

Jak rozpocząłem, tak zakończę zapożyczeniem z Pawła z Tarsu (który w porę zrozumiał, jakie sojusze leżą w jego najlepiej pojętym interesie):

Wszystko już macie? Jesteście bogaci? Nie czekając na nas, zaczynacie już królować? Chciałbym, abyście rzeczywiście królowali – a my z Wami.

Z wyrazami szacunku,

czuły socjalista


List ten powstał na papierze i w atramencie dostarczonym przez Lewicowy Hub. Są niesamowici! Właśnie uruchomili nowy serwis medialny wPunkt oraz platformę blogową megafON. Rozważcie wsparcie – utrzymują się tylko dzięki niemu!

Autor: Filip Piotr Skóra

Filip Piotr Skóra - socjalista, związkowiec, członek partii Lewica Razem i stowarzyszenia Akcja Socjalistyczna, menedżer projektów

Dodaj komentarz