Kategorie
Polityka

Praca, Konstytucja i nudności

Obchodzimy właśnie swoiste triduum obywatelskie – majówkę rozpiętą od Święta Pracy, przez Święto Flagi RP, po Święto Narodowe Trzeciego Maja, zwane świętem konstytucji. Obchodzimy je trochę bokiem – winna przede wszystkim pandemia. Na marsze, wiece i pikniki nie pójdziemy, wiadomo.

Władza zezwoliła wyjść z domu, ale nie gromadzić się. Do sklepów ruszymy dopiero po majówce, więc czas się wije od jednego do drugiego ogłoszenia Ministerstwa Zdrowia (które to w czasie majówki pojawiają się raz dziennie, bo czemu nie?).

Nie wiem, jak Wam, ale mi jest trochę niedobrze. Nie tylko z powodu wirusa, nie tylko z powodu wyborczej hucpy, nie tylko z powodu obaw o następstwa suszy, która robi nam właśnie paparara. Jest mi niedobrze z powodu tego triduum obywatelskiego właśnie, tych – gorzej mi – świąt. Święto to, jak wiadomo, dzień szczególny, który może np. upamiętniać jakieś wydarzenie, podkreślać wagę pewnych problemów, służyć uczczeniu osoby, grupy społecznej, zawodowej lub symbolu. I tak oto czcimy – zagadnienie społeczne (praca), symbol (flaga), wydarzenie (Konstytucja 3 Maja) i jego następstwa. Uczcijmy zatem – refleksją.

Fajnie mieć pracę, nie? Najfajniej jest mieć taką pracę, za którą należycie Was wynagradzają (wg Waszego poczucia należytego wynagrodzenia), w której możecie realizować swoje kompetencje i zainteresowania, gdzie spotykacie porządnych, ogarniętych i uprzejmych ludzi, gdzie macie otwartych, troskliwych, mądrych zwierzchników, która pozwala Wam czuć się ważnymi, potrzebnymi spełnionymi. Macie taką pracę? Jeśli tak, to winszuję, jesteście elitą elit. Dla większości to nawet nie marzenie.

Ale może chociaż praca dająca możliwości spokojnego przeżycia do pierwszego oraz zdolność do kredytu konsumenckiego na parę weekendowych wyjazdów w roku i jedne dłuższe wakacje? Zdolność do jednego kredytu mieszkaniowego w życiu. Praca na umowie kodeksowej. Praca, w której w prawdzie nie możecie pokazać pełni swoich możliwości i umiejętności, ale też się specjalnie nie marnujecie. Praca, w której ludzie, jak to ludzie, są różni, lecz koniec końców tragedii nie ma. Szefostwo raczej upierdliwe i niezbyt ogarnięte, ale idzie się dogadać. Praca, której wytwory komuś chyba są potrzebne, skoro się sprzedają, a chwalić się przecież i tak nie wypada. Może taką pracę macie? Gratuluję, jesteście w górnych rejestrach społecznych, czyli w mniejszości.

Może macie pracę śmieciową? Umowa zlecenie lub o dzieło, do pierwszego ledwo, ale starcza. Odłożyć coś ciężko, ale można ogarnąć mały kredyt konsumencki na zachcianki, ewentualnie dorobić jakąś fuchą na boku. Robicie coś, czego nie lubicie, ale kto powiedział, że magister historii nie poradzi sobie jako specjalista ds. obsługi klienta w firmie ubezpieczeniowej? Wasi współpracownicy są beznadziejnymi dzbanami, szefostwo traktuje Was z buta, liczą się tylko plany sprzedażowe, premie wyglądają ładnie, ale tylko na prezentacjach, wypłacane przeważnie nie są. Efekty Waszej pracy ludzie uważają za zbędne. Ale nic to, jest robota, jest pełna micha, wynajęte mieszkanie – reszta to didaskalia.

A może tak – robota, z której starcza na opłaty i na chlebuś, ale już na ciuchy, lekarstwa, czy inne zachcianki – niekoniecznie. Umowa cywilnoprawna, spisana na jednej stronie A4 (lekko pomiętej), o ile w ogóle. Na początku brzydziliście się tego, co robicie, ale przyszło się przyzwyczaić. Ludzie z pracy uważają Was za debili, szefowie za śmieci, a osoby korzystające z Waszej pracy w ogóle Was nie dostrzegają (jak i tego, co robicie). Może taką pracę macie? Czy jakimś pocieszeniem dla Was będzie fakt, iż nie jest Was wcale tak mało?

A może dopiero wchodzicie na – przepraszam – ścieżkę kariery? Łapiecie staże, praktyki, zlecenia. Jeszcze się uczycie, rodzice nie wyganiają spod dachu, albo dzielicie jeden pokój z kimś obcym, więc te parę groszy można przeznaczyć na rzeczy, które są obietnicą lepszych czasów w dorosłości. Nikt nie traktuje Was poważnie, bo jeszcze nie pracujecie na serio, nie? Właściwie nieważne, co robicie, dla kogo, za ile i po co – zbieracie doświadczenie.

A propos – doświadczenie. Może nie macie pracy? Z tego, czy innego powodu – nie macie źródła zarobkowania. Nie wyszło, daliście ciała, mieliście pecha, dopadła Was choroba lub pokonała pandemia wirusa. Może dostajecie to coś, co państwo szumnie nazywa zasiłkiem, albo pożyczacie po znajomych lub wisicie na rodzinie. Pierwszy dzień miesiąca zawsze jest jutro, a nie zawsze starcza do niego. Może macie gdzie mieszkać, a może nie. Dla większości jesteście hołotą, nierobami, leniwymi roszczeniowcami, nieudacznikami. Ilu by Was nie było, nieważne, to obchodzi tylko nawiedzonych lewaków. Ale Wy też wiecie, że fajnie jest mieć pracę, prawda?

Święto Pracy jest dla Was wszystkich. Głównie po to, abyście się w nim mogli przejrzeć i zobaczyć siebie samych w całej okazałości, bez pudru. Ale też po to, abyście mogli posłuchać, jak różni ważni ludzie tego świata pięknie mówią o pracy. Chciałbym napisać, że o Waszej pracy, ale jeśli się wsłuchać dobrze, to nie ma pewności. Możecie zobaczyć, jak składają oni kwiaty pod kolejnymi pomnikami, podpisują kolejne ustawy, wygłaszają płomienne mowy. Możecie obejrzeć sobie ich selfie z okolicznościowym hasztagiem. Oni dają Ci – ludu pracujący (lub nie) miast i wsi – to święto, abyś wspólnie z nimi uczcił tak ważną w życiu człowieka sprawę, jaką jest praca.

Ale dali oni Ci – ludu mój, ludu – jeszcze jeden dzień okolicznościowy – Święto Narodowe Trzeciego Maja. Wspomnienie Konstytucji z 3 maja 1791 roku, dzień uczczenia Konstytucji RP. Za dzieciaka to była fajna okazja, żeby zabłyszczeć przed szkolnym audytorium, coś recytując, coś śpiewając, coś rysując. W tzw. dojrzałości można było jeszcze do niedawna wyjść na ulicę i ze wszystkich sił krzyknąć „Kon-sty-tu-cja!”

Dali Ci – ludu drogi – ten dzień mniej więcej ci sami ludzie, którzy doszli do wysokiej wprawy w naginaniu norm konstytucyjnych do wytycznych własnej korzyści. Szczególnie dziś widać to jak na dłoni. W niedzielę 3 maja o wyjątkowości polskiej ustawy zasadniczej będzie miastu i światu bajał koleś, który – z otwartą przyłbicą, bez mrugnięcia okiem i cienia żenady – łamał jej postanowienia na rzecz swojego politycznego suwerena, którym nie jesteś bynajmniej Ty – ludu umiłowany – lecz jakiś starszy pan z Żoliborza. Kolesiowi temu, nazywanemu w pewnych kręgach Prezydentem RP, towarzyszyć będzie chór wujów z jego ugrupowania politycznego, zwanych dla niepoznaki ministrami, posłami i senatorami rządzącej większości. Chór ten wyśpiewa cześć Konstytucji RP dokładnie w tym samym momencie, w którym ową Konstytucję uczyni bezwartościowym świstkiem, przepychając na rympał niemożebnie wadliwą prawnie i etycznie procedurę wyborczą.

Skoro jednak mamy majówkę, skoro możni naszego kraju zachęcają nas do refleksji i zadumy nad pracą i konstytucją, to – ten jeden raz – posłuchajmy ich. Oto bowiem temat pracy znalazł swój wyraz w przepisach ustawy zasadniczej z roku 1997. Prawdziwy suweren – Ty, ludu mój – za pomocą swoich przedstawicieli zabezpieczył sobie pewne prawa i przywileje związane z pracą.

Na przykład w Artykule 65 punkcie 5 obowiązującej Konstytucji RP stoi tak: „Władze publiczne prowadzą politykę zmierzającą do pełnego, produktywnego zatrudnienia poprzez realizowanie programów zwalczania bezrobocia, w tym organizowanie i wspieranie poradnictwa i szkolenia zawodowego oraz robót publicznych i prac interwencyjnych.” Czy macie poczucie, że kolejne rządy RP miały ten punkt wygrawerowany na ścianie sali obrad? Jak oceniacie skuteczność realizacji tego punktu przez kolejne władze? Jeden sukces jest na pewno wart odnotowania – związane z akcesem do Unii Europejskiej (i Układu z Schengen) otwarcie granic. To był największy projekt polityki zmierzającej do pełnego, produktywnego zatrudnienia na terenie Rzeczypospolitej. Liberałowie mieli też drugi program: „bądź zaradny, radź sobie sam!” Istnieje spór wśród badaczy, czy i na ile program ten okazał się skuteczny w kontekście norm konstytucyjnych.

W tym samym Artykule 65 jest punkt 1: Każdemu zapewnia się wolność wyboru i wykonywania zawodu oraz wyboru miejsca pracy. Wyjątki określa ustawa.“ Ktoś powie, że przecież nie ma przymusu w wyborze zawodu i miejsca jego wykonywania (to drugie z wyjątkiem np. wymiaru sprawiedliwości i służb mundurowych). I będzie miał rację – literalnie ten przepis konstytucji jest realizowany. Czuły socjalista zadałby jednak pytanie – a co z duchem praw? Czy aby na pewno polski rynek pracy daje realną wolność wyboru? Czy obowiązujące w Polsce prawa pracownicze i uzus ich przestrzegania dają taką wolność? Czy państwo pełni w gwarantowaniu tej wolności jakąkolwiek rolę, czy też abdykowało na rzecz wolnego – a jakże! – rynku? Czy wolność wyboru zawodu i miejsca pracy oznacza li-tylko wolność w obrębie rynkowego zapotrzebowania, czy również własnych możliwości i aspiracji?

Idźmy dalej, bo dalej jest Art. 66, szczególnie miły dla oka w czasie pandemii. Punkt 1 niniejszego artykułu stanowi, że Każdy ma prawo do bezpiecznych i higienicznych warunków pracy. Sposób realizacji tego prawa oraz obowiązki pracodawcy określa ustawa.“ Pokażcie go kuzynce, pracującej jako pielęgniarka w szpitalu jednoimiennym albo koledze – ratownikowi medycznemu. Pokażcie go opiekunom w przedszkolach, które władza właśnie nakazała otworzyć, pokażcie listonoszom, przygotowującym się do roznoszenia pakietów wyborczych. Pracownicom i pracownikom rozmaitych zakładów produkcyjnych, sieci sklepowych czy galerii handlowych nie pokazujcie, bo za nich odpowiada pracodawca, na którego państwo nakłada obowiązki, ale niekoniecznie daje mu narzędzia do ich realizacji.

Słysząc w uszach kasandryczne głosy rozmaitych speców od gospodarki, straszących – słusznie – nadchodzącym kryzysem, który pozbawi pracy co najmniej setki tysięcy obywateli, wczytajcie się w Art. 67 pkt 1 KRP: „Obywatel ma prawo do zabezpieczenia społecznego w razie niezdolności do pracy ze względu na chorobę lub inwalidztwo oraz po osiągnięciu wieku emerytalnego. Zakres i formy zabezpieczenia społecznego określa ustawa.” Zaraz za nim jest punkt 2: Obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli i nie mający innych środków utrzymania ma prawo do zabezpieczenia społecznego, którego zakres i formy określa ustawa.” A teraz wpiszcie w googlach „tarcza antykryzysowa”, a w drugim oknie „zasiłek dla bezrobotnych” i oddajcie się refleksji i zadumie.

Wspominałem już, że jest mi niedobrze. Władza ma w nosie nie tylko naszą pracę, ale też i ustanowione przez siebie samą normy prawne, które stanowią tej pracy zabezpieczenie. A przecież nie będziemy sobie zawracać głowy analizą kodeksu pracy, realizacją rozmaitych konwencji międzynarodowych, dotyczących zagadnienia (Polska ratyfikowała 36 z aktualnie obowiązujących konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy), działalnością Państwowej Inspekcji Pracy, etc. etc.

Ale dlaczego właściwie możni tego kraju mieliby mieć szacunek do naszej pracy, skoro my sami go nie mamy? Nie mamy szacunku wobec pracy własnej, ani cudzej. Czy Ty, dyrektorze finansowy dużej firmy, masz szacunek do pracy sprzątacza w swoim biurze? Czy Ty, właścicielko małego przedsiębiorstwa masz szacunek do pracy kasjerki sprzedającej Ci bilety na seans do kina? Czy Ty, dostawco pizzy, szanujesz pracę prawnika, którego zamówienie właśnie dowozisz? Czy Ty, pracownico biurowa sklepu z winami masz szacunek do pracy menedżera wyższego szczebla międzynarodowej agencji PR? Czy Ty, joint venture capitalist with proven track record masz szacunek do pracy chłopaka, który publikuje teksty o francuskiej piłce na fanowskim portalu? Czy Ty, przysłowiowy hydrauliku, szanujesz pracę przysłowiowego profesora i odwrotnie?

Skoro sami w innej pracującej osobie widzimy rywala, wyzyskiwacza, naciągacza, fuksiarza, frajera, nieudacznika, darmozjada lub oszusta, to czemu właściwie możni tego rzewnego kraju nad Wisłą mają nas traktować inaczej? Oczywiście, powiecie, że to ich wina. Że nas wszystkich poszczuli na siebie. Że kapitalizm w warunkach demokracji liberalnej doprowadził do takiego stanu rzeczy. I będziecie mieli rację. Tylko, że to jest bardzo wygodna wymówka – zwalanie wszystkiego na onych. Paradoksalnie, w tej jednej dziedzinie możemy dać im odpór dość łatwo – okazując szacunek dla pracy. Każdej. Dziś klasa pracująca to nie tylko klasa robotnicza. Dziś praca ma zbyt wiele oblicz i form, aby je wszystkie przykładać do jednej sztancy. Jeśli nie szanujemy pracy innych, dajemy tym samym przyzwolenie na nieszanowanie naszej pracy.

A na tym korzystają elity władzy. One też ustanowiły – pomiędzy świętem łamania praw pracowniczych, a świętem łamania konstytucji – jeszcze jedno święto. Dzień flagi państwowej. Dzień uczczenia symbolu, który w domyśle ma łączyć. Tymczasem i ten symbol udało się przerobić na narzędzie opresji. Dziś polska flaga służy głównie do okładania się po głowach jej drzewcem. Do szczucia, wykluczania, poniżania tamtych, wywyższania swoich. Święto Flagi RP to dzień, w którym wytycza się nowe linie podziału.

Oto zatem Wasz prezent na majówkę od możnych tego kraju – gówniana praca, obudowana zdezelowaną ustawą zasadniczą, a wszystko opakowane w białoczerwoną flagę.

Miłego świętowania.


To mój debiut blogowy. Jest on możliwy dzięki gospodarzom tej przestrzeni, fantastycznej ekipie Lewicowego Huba. Gorąco polecam Wam tę inicjatywę, najlepsze internetowe źródło wiedzy o tym, co piszczy w lewicowej trawie. Wykonują świetną robotę, którą warto docenić. Zachęcam, abyście wsparli Lewicowego Huba wg słusznej zasady toss a coin to your witcher – na stronie głównej Lhub.pl znajdziecie u samej góry zakładkę „Wspieram” ze wszystkimi opcjami.

Autor: Filip Piotr Skóra

Filip Piotr Skóra - socjalista, związkowiec, członek partii Lewica Razem i stowarzyszenia Akcja Socjalistyczna, menedżer projektów